mortonx+002

Zadrapanduria jako wielka machina, wyposażona w tryby i trybiki. Straż Zadrapanduriańska to sprężyna – Straż wszystko naciąga, Burmistrz to przeciwwaga – przeciwwaga dla rozsądku i logiki, Prezes MATAHAN, to główna oś, dookoła której wszystko się kręci. A ten cały mechanizm zatopiony jest w smarowidle – pocie całej społeczności Zdrapanduriańskiej. I tak pocimy się i pocimy, żeby to wszystko działało. Jednak co by się stało, gdyby ludzie przestali się pocić? A wszystkiemu byłaby wina jedna bakteria, ale nie taka zwyczajna bakteria, tylko BAH-TERJA…

Dziś, w skrzynce na listy znalazłem zadziwiająco dużą liczbę korespondencji. Idąc na 37 piętro, gdzie znajdowało się moje biuro, dokonywałem selekcji listów. Na trzecim zostawiłem reklamówki Klubu Miłośników Szprota, piętro dwunaste zaśmieciłem reklamami maszynek do golenia brwi. Moja bytność na siedemnastym została zaznaczona kupką listów na które składały się ankiety Stowarzyszenia Weteranów Wojny z Dirko Sztrycklutfem i zaproszenie na degustację koreczków z Maziajic w nowo otwartej restauracji „Hegemon” przy Machniętej 21. Na piętrze trzydziestym zatrzymałem się na chwilkę, żeby złapać tchu. Usiadłem, wyciągnąłem z kieszeni puszkę Szprotów. Puszka otworzyła się z cichym mlasknięciem. Wydobyłem Szprota i zacząłem go ssać. Aaaaa, nie ma to jak Szprot na trzydziestym piętrze. Zacząłem przeglądać resztę listów. Przypomnienie o umówionej wizycie w dermatologa?? Aaaaaa psiiiiik! Ależ zakurzony ten list! Nie przypominam sobie, żebym miał jakieś poważniejsze problemy ze skórą, tym bardziej nie przypominałem sobie żebym umawiał jakaś wizytę. No nic – jak dotrę na górę, to zadzwonię tam i sprawdzę o co chodzi. 33 piętro – rachunek za prąd, 34 piętro – skąd tu tyle szczurów?, 35 piętro – rachunek za telefon, 36 piętro – rachunek za rachunek, 37 pięt… – no żeeeeeesz KURWA JEGO MAĆ!!! Cholera jasna!! Wszy, wszy, wszy, niezmywalny tusz, kurze nóżki i pierniczki nurzane w krochmalu! No ja się zastrzelę… Klucze od biura zostawiłem w automobilu. NA DOLE!!!

Jestem równie błyskotliwy, co genialny. I tak, znaną tylko sobie błyskotliwością, wpadłem na genialny pomysł, który zapobieży wymuszonej wycieczce na dół i z powrotem: pójść do końca korytarza, otworzyć okno, wyjść na gzyms i przejść po nim do mojego biura. Jako, że zawsze wentyluję swoje odnóża w oknie, to wypaczyło się ono od oparów ze skarpet i zablokowało się na amen w pozycji otwartej. To dawało szanse na dostanie się do biura bez demolowania drzwi lub przydługiego spaceru na dół i z powrotem.

Nie powiem, trochę wiało. Przelatująca furgonetka z pieczywem, trochę przygasiła mój zapał do zajęć wysokościowych. Ale mojej błyskotliwości i geniuszowi mogła dorównywać tylko odwaga. Zatem wystawiłem stopę za parapet i kurczowo trzymając się framugi wystawiłem druga nogę, próbując namacać zbawienny gzyms. Poczułem pod stopami coś miękkiego. NO NIE! Litości!! Kto wyprowadza psy, na gzymsie, na 37 piętrze! No ludzie no, kultury trochę! Sprzątamy po swoich pupilkach – tak?… Wytarłszy but o wystającą cegłę, udałem się w kierunku okna mojego biura. Wiatr targał moim prochowcem, puszki szprotów rubasznie pobrzękiwały w kieszeni, a Głaskadełko wsadzone za pasek spodni, niebezpiecznie ciążyło i utrudniało i tak już powolny pochód. Idąc tak twarzą do ściany, dotarłem do kantu ściany. Winkla znaczy się. A tak w ogóle, to czym różni się strzelanie zza węgła od strzelania zza winkla? Dziwne myśli człowiekowi przychodzą 200 metrów nad ziemią. Ale wracając do tematu… kiedy dopadłem w końcu framugi okna mojego biura, zionąłem jak Halapandra uciekająca przed myśliwymi. A tak w ogóle, to kto normalny poluje ze sterowca na zwierze wielkości chomika? Ale wracając do tematu… kiedy już byłem w biurze i usiadłem w fotelu, zamknąłem oczy i próbowałem uspokoić skołatane serce. I wtedy to spostrzegłem. Byłem suchy. Ani kropelki potu na czole czy gdziekolwiek indziej. Nawet plamki pod pachą. To zastanawiające… wstałem i oparłem dłonie o biurko. Papiery pod moim dłońmi zaczęły się tlić. No tak. Syndrom przegrzania emocjonalnego. Podbiegłem do kranu i wsadziłem głowę pod strumień zimnej… nazwijmy tą burą i lepką substancję, która wydobywała się z kranu, wodą. A więc wsadziłem głowę pod strumień zimnej… wody i natychmiast buchnęły obłoki gorącej pary. Po schłodzeniu organizmu, zrozumiałem, że coś jest nie tak z moją skórą – nie pocę się. To mogło być bardzo niebezpieczne. Samozapłon skarpetek nie należy do najprzyjemniejszych zdarzeń, jakie człowieka mogą spotkać. No nic – trzeba iść do lekarza od skóry chyba. Jak to mu będzie, no ten, no żesz, od skóry lekarz nazywa się… ooo, no i te moje zaniki pamięci. Skórolog? Nie… Mam – Dendrolog! Dobra, gdzie to ja miałem książkę telefoniczną? A, jest. Telefon odebrał jakiś facet, na ucho oceniając coś koło 60-tki.
-„Halo. Czy to klinika dendrologiczna?”
-„Się zgadza złociutki, Się zgadza.”
-„A to dobrze. No więc chciałem się umówić na wizytę.”
-„Najbliższy termin, złociutki, to my mamy, poczekaj sekundkę, se okiem rzucę w kajecik, o już mam, a więc najbliższy termin mamy dziś. Za godzinę. Mosze być?”
-„Tak, jak najbardziej. Proszę o rezerwację na nazwisko Mroton.”
-„Dopra. Adresik poproszę.”
-„A to wizyta domowa będzie?”
-„A jak se złociutki wyobraża to inaczej. Ile lat ma pacjent?”
-„No tak ze 30 z hakiem.”
-„No to jak on se to wyobraża? Pięciometrowego pacjenta będzie mnie do kliniki pchał? Toć gałędzie se połamnie!”
-„Wypraszam sobie takie insynuacje, co by odnóża do gałęzi przyrównywać.”
-„Ależ spokojnie drogy klyencie. Po co ta nerwacja? Wydze klyent uczuciowo przywiązany do pacjenta. Klyent mnie powie objawy jakie som, żebym wiedział jake instrumentarium ze sobą wziąć.”
-„Brak potliwości. Zaawansowany”
-„Uuuu. Lyście znaczy lecom, to niedobrze, oj niedobrze.”
-„Jakie liście znowu?”
-„A co – kolki może? Sam sobie wynien jezdem. O gatunek się nie spytałem. Zatem przedstawiceilem jakiego gatunku jest pacjent?”
-„Zadpapadurianin.”
-„Olaf! Olaf, chono tu.” – krzyknął gdzieś za siebie –„ Znowu jakiegoś zboka na lini mam. Choć posłuchasz, no cho no.”
-„ Szanowny Panie. Wypraszam sobie takie traktowanie klienta!”
-„Klienta? A to dobre sobie! Zaraz zażyczy se żeby szybko przyjechać z długa drabiną, z dużym pędzlem żeby mu powapnować pień. Już ja Was znam, zboczeńce jedne. Do portu spadać i małże lizać, a nie zawracać cztery litery uczciwie pracującym ogrodnikom!”
-„Jacy znowu ogrodnicy, przecież dzwonię do kliniki dermatologicznej!”
-„DENDROLOGICZNEJ TŁUKU!”

Długie piiiiii w słuchawce mogło oznaczać tylko jedno – szczury znowu przegryzły kable telefoniczne. Pochyliłem się nad biurkiem i zrezygnowany pacnąłem czołem w biurko. To już koniec. Skończę jako rubryka w „Gońcu Pandurskim”, pod tytułem: „Tajemnicza śmierć Detektywa Mrotona – samozapłon, czy śmiertelny skutek zabawy w bęgale?”. Nie – nie mogę tak odejść. Napisze list z wyjaśnieniami, że się przegrzewam. Poderwałem głowę z blatu biurka. Do czoła przykleiła się koperta. No tak, przypomnienie o wizycie u dermatologa. Zerwałem w biegu płaszcz z wieszaka i pognałem na dół, na spotkanie z moją ostatnią deską ratunku.

Nie ukrywam, że kolejki nie są niczym specjalnym w Zadrapandurii. Stoi się tu po wszystko, zawsze i wszędzie. Ale to, co spotkałem przed Kliniką Dermatologiczną szczerze mnie zdziwiło. Coś koło 500 osób gorączkowo pragnęło uzyskać nagłej porady dermatologicznej. Natomiast Zespół Szybkiego Reagowania w sile 30 czołowych reprezentantów Zadrapanduriańskich drużyn palanta, ubranych w kaski, pałowało czy może raczej palantowało rozgorączkowany tłum, celem przywrócenia względnego spokoju. Użycie określenia rozgorączkowany, nie jest tu przypadkowe. Przynajmniej połowie panów okupujących budynek, dymiło się zza kołnierza, natomiast z dekoltów większości dam, buchał siwy dym. Nie kończyłem studiów medycznych, ale wyglądało mi to na epidemię, zarazę, mór, czy też inną plagę.

Oczywistym było, że jakiekolwiek próby dotarcia do kliniki od frontu można by porównać, do polowania na tygrysa przy pomocy lakieru do włosów. Się nie da się. Oczywiście tłum w owczym pędzie nadal atakował główne wejście, gdzie recepcjonistka wielkości traulera odpierała (a może raczej odpierał) dzielnie ich ataki. Przybyła również, zaalarmowana dużą ilością dymu, Straż Ogniowa. Logika Straży była niepodważalna: gdzie dym – tam ogień. A przecież każdy wie, że kiełbaski najlepiej smakują z ogniska. Zatem chłopaki wylecieli w wozu targając za sobą pęta kiełbasy, starszemu oficerowi wypadały w kieszeni kajzerki, a młodszy ogniomistrz, pędził ze zgrzewką „Tradycyjnej Sarepskiej” pod pachą. Kiełbasy zatknięte na patyki zaczęły więc szybko znikać o obszarach skąd dobywało się najwięcej dymu. Na tą postawę Strażaków, rozjuszone damy jęły głośno protestować przeciwko wciskaniu fallicznych tworów gastronomicznych między ich „walory”.

Pozostawiłem ich samych sobie i udałem się powolnym spacerkiem na tyły budynku. Musiałem dbać, żeby się nie przegrzać. Przez lata przyzwyczaiłem się już do palącego wrażenia w butach. Nawet poszczególnym grzybkom nadałem imiona, ale pomiędzy uczuciem palenia, a ogniem w bucie istnieje zdecydowana różnica i nie chciałem jej poczuć. Spokojnie, powolutku, grunt to oddychać miarowo. Tylne wejście było zamknięte. Za to okno obok było otwarte. Skorzystałem z tego daru losu i wcisnąłem się do środka. Po korytarzach niósł się harmider tłumów. Moich uszu dopadł również dźwięk chlipania, płaczu, siorbania nosem i zawodzenia. Udałem się w kierunku skąd dochodziła ta uwertura rozpaczy. Mój niezawodny detektywistyczny słuch doprowadził mnie do drzwi, na których wisiała wizytówka:

Prof. Findo Nieteges
DERMATOLOG

Uchyliłem delikatnie drzwi i wślizgnąłem się do środka. Za parawanem znalazłem wspomnianego na tabliczce jak mniemałem, profesora Nietegesa. Siedział na kozetce i łkał w dłonie.
-„Yyyy, przepraszam, Pan to ten od skórnych spraw?”
Jegomość z kozią bródką zerwał się na równe nogi, chwycił mnie za klapy prochowca, i wykrzyczał prosto w twarz:
-„WON!!!!”
Biorąc pod uwagę, że jego oddech, czy też może raczej wyziew, był bardziej wymowny od „WON”, postanowiłem się znaleźć jak najszybciej po drugiej stronie drzwi, co też bezzwłocznie uczyniłem. Zza nich postanowiłem kontynuować dialog.
-„Panie Doktorze. Sprawa jest.”
-„Nie ma sędziów – to i sprawy nie ma, ale będzie za to lincz. Rozniosą mnie. Na strzępy!”
-„Ja nie chciałbym wnikać za bardzo w Pańskie sprawy osobiste profesorze, ale kto i dlaczego ma pana roznieść? Pragnę tylko zauważyć, że jako prywatny detektyw, posiadam szeroko zakrojone znajomości pośród różnych podmiotów i orzeczeń naszego jakże wspaniałego miasta, dzięki którym mógłby Pan uniknąć tak przykrych epizodów w swoim życiu jak tłum z pochodniami, dzierżący spiczaste i ostre narzędzia ogrodnicze.”

Usłyszałem kroki po drugiej stronie drzwi, które to uchyliły się na kilka centymetrów. W szczelinie zobaczyłem oko, za którym pojawiła się ręka, która wciągnęła mnie do środka.

-„Prywatny detektyw powiadasz Pan…. Taaaa, to może się udać.”

Profesor usiadł na kozetce i pod przysięgą opiewającą w groźby obcinania nóg, obumierania członków, wypadania zębów i ogólnych problemów rodzinnych, zaczął mi streszczać całą historię. Otóż profesor od kilku już lat prowadzi średnio legalne doświadczenia na bakteriach, a dokładniej rzecz ujmując, na jednej bakterii. BAH-TERJA, jak nazywał ją profesor, miała mieć zbawienny wpływ na osoby cierpiące na nadpotliwość. Mianowicie miała powstrzymywać pocenie się, poprzez odżywianie się potem i w wyniku natychmiastowego procesu spalania, uwalniać wilgoć w postaci pary. Co dalej, profesor potrzebował funduszy na swoje poniekąd drogie badania. Zaplanował więc akcję marketingową, polegającą na wysłaniu lipnych przypomnień o niby umówionej wizycie, mając nadzieję, że przyciągnie tym do siebie trochę więcej pacjentów. Niby wszystko ok – akcja marketingowa utrzymana w konwencji marketingu Zadrapanduriańskiego. Pojawił się tylko jeden problem – jakimś cudem, BAH-TERJA, przedostała się na klej w kopercie. Klej okazał się być doskonałą pożywką dla BAH-TERJI, która to zaczęła się mnożyć sposób wykładniczy. Każdy kto otwierał list, przyjmował 10 krotną zalecaną dawkę BAH-TERJI, powodując tym samym błyskawiczne przegrzanie organizmu spowodowane brakiem jakiegokolwiek chłodzenia, a w efekcie do masowych samozapłonów. Akcja marketingowa okazałą się nazbyt skuteczna i profesor zmuszony był dzwonić po Zespół Szybkiego Reagowania, żeby zahamować zamieszki przed kliniką. Moja reakcja na opowieść profesora była natychmiastowa:

– „Zważywszy na Twoją obecną sytuację profesorze, powinieneś szybko zaopatrzyć się w coś do samoobrony. Proponuję coś o rozmiarach działa przeciwlotniczego, zajadłości Amstaffa, skuteczności Żelaznej Dziewicy i widowiskowości pijanej, 80 letniej prostytutki balansującej na lewej nodze, w tym samym czasie prawą drapiącą się w lewe ucho. Jednymi słowy, nie potrzebne Panu profesorze, żadne Zespoły Szybkiego Reagowania. Potrzebuje Pan GŁASKADEŁKA!”

– „Ha, przecież każdy dobrze wie, że Głaskadełko zaginęło podcz…”

Wstałem i uchyliłem poły płaszcza. W tle dało się słyszeć chór kastratów intonujących podniosłą pieśń ku czci i chwale rusznikarstwa. Jednym, płynnym ruchem dobyłem zza paska Głaskadełko. Misterium obrony i terroru. Broń nad brońmi albo broniami – co kto woli.

Usługa rozpędzenia tłumu przy użyciu Głaskadełka – 200 Protów. Mina profesora – BEZCENNA! Profesor wypisał czek i jako dodatkowy gratis dostałem antidotum na BAH-TERIĘ. Następnego dnia w Gońcu Pandurskim czytałem, o niespotykanie dużej liczbie samozapłonów na terenie miasta. W innym znowu artykule pisali coś o tym, że nijaki Profesor Findo Nieteges, poniekąd odpowiedzialny za wybuch zamieszek w dniu wczorajszym przed swoją kliniką, w ramach działań charytatywnych i filantropijnych zaproponował wszystkim potrzebującym darmową posługę lekarską. A ja za zarobione 200 Protów kupiłem wentylator z atomizerem szprotowym.

Zadrapanduria. Biuro na 37 piętrze… tu się oddycha…

Brak komentarzy