3295078 Wieczór.
No może noc.
A raczej późne popołudnie.
Bar.
No może wyszynk.
A raczej podła speluna.

Jadam tu codziennie, ale sam nie wiem co. Od momentu wprowadzenia 37 godzinnej doby, sam nie wiem czy jem śniadanie, obiad czy kolację. Dla bezpieczeństwa zamawiam zawsze to samo. Dwa razy kaszmirowy budyń, płatki z wielbłąda na soku z kapusty i miskę cieciorki. Zgodnie z zasadą jesteś tym co jesz… czasami sam nie wiem kim jestem.

Ale do rzeczy. Wchodzę do „Hak w smak”, siadam przy kontuarze, patrzę w lustro. Mój instynkt detektywistyczny podpowiedział mi, że zaraz zaczną się kłopoty. No może nie był to do końca tyle instynkt, ile przelatujący nad moja głową barman. Jego przeciągły skowyt ”Łoooo niech tooooo Wielki Wierzygaaaaaa” zakończył swoje brzmienie po drugiej stronie sali. Po dokładnej analizie trajektorii jego lotu, skierowałem swój wzrok tam, gdzie spodziewałem się zobaczyć przyczynę jego, jakże nad wyraz nieudanej podróży. A tam mój wzrok napotkał, niespodziewanie niską przyczynę. Miała najwyżej 130 cm wzrostu, rude, kręcone włosy i zieloną sukienkę w wielkie białe grochy. Stroju dopełniała szpiczasta pieszczocha na prawym nadgarstku. No i ten uśmiech, na widok którego jajecznica próbuje z powrotem wcisnąć się w kurzy kuper.

Widzieliście kiedyś wkurzoną 8 latkę? To pomnóżcie to przez 100, a to i tak nie odda w pełni widoku Eleonory Salozinni. Ta mała była jedyną córką chrzestną Prezesa MATAHANU, a co za tym idzie, mogła wszystko. Gdybyście mieli plecy szerokości horyzontu, też moglibyście wszystko. A więc Eleonora stała w lekkim rozkroku na barze i lustrowała spojrzeniem wylęknionych gości „Hak w smak”. Cisza to mało powiedziane o tym co dało się słyszeć w lokalu. Można spokojnie powiedzieć, że na krótką chwilę zamarł ruch elektronów, a wodór przez chwilę był H1, a nie H2. W końcu Salozinni przemówiła:
-”Mroton. Gdzie jest Mroton? Gdzie znajdę to cuchnące pokurcze?”

No nieeee, że śmierdzący to jeszcze zrozumiem. Dochodzenie w miejskiej oczyszczalni ścieków, odcisnęło chwilowo na mnie swoje piętno, no ale, że POKURCZE? Może i trochę się garbię, no ale jak się wyprostuję to nie wejdę w drzwi, waląc czołem w futrynę. Zatem zebrałem się w sobie, zebrałem w sobie całą odwagę, wewnętrzny hart ducha, wszystkie pokłady siły, znalazłem w sobie wewnętrznego lwa i zdecydowanie poderwałem się z miejsca. Celem ucieczki oczywiście. Nie zrobiłem kroku, a zmuszony byłem testować swoje buty w roli hamulców. Mała Salozinni już stała przede mną. Wyhamowałem na czubkach palców, majestatycznie kręcąc młynki ramionami do tyłu, żeby złapać równowagę i nie daj Wielki Wierzygo, wpaść na Eleonorę.
„Mroton, jak mniemam po zapachu?” – zapytała mała.
„Ależ oczywiście, że …tak, Pani Eleonoro” – odparłem z rezygnacją głosie.
„A więc wiesz kim jestem. To dobrze. Znacznie ułatwi nam to współpracę. Wujek ma do Ciebie sprawę. Idziesz ze mną.” – powiedziała.

To było jedno z tych „idziesz ze mną” z którymi się nie dyskutuje. Tak samo jak nie dyskutuje się z fortepianem lecącym na Twoją głowę. Po prostu zamykasz oczy i czekasz na to co będzie. W moim przypadku dowiedziałem się szybko. Po 15 minutowym szaleńczym biegu za trójkołowym rowerkiem z piekła rodem małej Salazinni, stanęliśmy przed budynkiem korporacji MATAHAN. Prezes budując ten gmach chyba wziął sobie do serca kilka powiedzonek, a między innymi: ”A co? Mnie nie stać?” albo „Jak szaleć to szaleć” tudzież „Raz się żyje”. Trudno w słowach oddać piękno i przepych tego budynku. Więc nawet nie będę próbował oddawać – zachowam to dla siebie. Na 37 piętrze, po przejściu kolejno przez: 2 recepcje, wykrywacz metali, badania proktologiczne, badanie wariografem, badania krwi i moczu, konsultacjach ze stylistą i na koniec przez ochroniarza, przy którym żuraw portowy wpadłby w kompleksy, znaleźliśmy się w biurze Prezesa. Po jakiś 4 minutach spaceru w linii prostej przez jego gabinet, którego ściany zdobiły dzieła najsłynniejszych twórców Zadrapandriańskich, dotarliśmy do jego biurka, zrobionego ze wszystkich egzotycznych gatunków drewna jakie tylko zna Zadrapanduria. Światło z wielkiego okna znajdującego się za jego plecami nie pozwalało dojrzeć jego twarzy. Dało się tylko widzieć zarys jego jajkowatej głowy i bujnej czupryny.

„Mroton. Ty świnio!” – rzekł.
No nic tam – milutko się zaczyna. Po 10 sekundowej pauzie, kiedy echo jego słów zamilkło już w przepastnych murach gabinetu, kontynuował:
„Zobacz, Ty durna pałko, co dziś przyszło z poranną pocztą” – powiedział przesuwając po blacie nieduże pudełko. A ono sunęło, sunęło i sunęło. W końcu zatrzymało się przede mną jakieś 5 centymetrów od krawędzi blatu. „Ma facet wyczucie” – pomyślałem.
„Jakieś bydle patentowane, przysyła mi to już po raz trzeci.” – powiedział
„Landrynki o smaku pinacolady?” – zauważyłem inteligentnie.
„Tak łosiu niewierny. Ale nafaszerowane ARSZENIKIEM!!!” – wydarł się niemiłosiernie. ”Jakiś skretyniała dziura w dupie próbuje mnie wyeliminować z gry. Masz się dowiedzieć dlaczego i kto. Ale to natychmiast!!!”

No cóż, trudno było wybrać właściwą odpowiedź. Możliwości było więcej niż kilka, a między innymi: bo jesteś dupkiem, bo nie szanujesz ludzi, bo nie masz serca, bo wykorzystujesz wszystkich i wszędzie, bo kradniesz, bo wymuszasz, bo jesteś psychopatą i tak dalej i dalej. Natomiast odpowiedź na pytanie kto, mogła być dużo prostsza. Pewnych wskazówek dostarczała paczka, na której widniał adres zwrotny zakładu szewskiego, nijakiego Mauryca Wjendelca. Jak wykazało moje późniejsze dochodzenie, te przeczucia nie były bezpodstawne. Prezes zamówił u niego buty ze skóry Halapandry, skóry niezwykle drogiej, na zakup której szewc musiał zaciągnąć kredyt, oczywiście w oddziale banku MATAHANU. Pomimo wielokrotnych pism ponaglających, Prezes nie kwapił się do odbioru obuwia, a odsetki rosły i szewcowi groziło zajęcie jego zakładu przez bank. W końcu lokal zajęto. Tym sposobem Prezes otrzymał: parę butów ze skóry Halapandry, zakład szewski oraz wszystkie oszczędności jakie szewc wpłacił do banku, próbując ratować swój zakład. Rozgoryczony Maurycy przedsięwziął wszelkie, jak to ujął, „konieczne kroki do zmazania z pejzażu miasta uśmiechniętej gęby Prezesuńcia”.

Następnego dnia, po złożeniu na biurku prezesa wyników mojego dochodzenia, jego siepacze przeprowadzili wielowynikowy eksperyment naukowy w basenie portowym z udziałem Mauryca Wjendelca. I tak, jak wykazał eksperyment:
1) utrzymanie pływalność mężczyzny z doczepionymi do stóp 2 metrową szyną jest niemożliwe
2) ludzkie płuca nie są przystosowane do oddychania pod wodą
3) dostępność tlenu jest czynnikiem niezbędnym do zachowania procesów życiowych
Siepacze gwarantują, że eksperyment był przeprowadzony w warunkach laboratoryjnych, a wszystkich, którzy pragnęliby podważać w/w wyniki, informują, że są one powtarzalne, co też z resztą są skłonni udowodnić wszelkim niedowiarkom.

200 protów otrzymanych od Prezesa szybko uciszyło moje wyrzuty sumienia. Cóż, życie…

Brak komentarzy