4732218

Mija rok. Mijają dwa. Mijają mnie okazje… a życie nie chce poczekać, cholerny ekspres o nazwie sukces, nie chce się zatrzymać na stacji Mroton. Nie powiem, czasami zwalnia, a zdarzyło się też parę razy, że zwolnił na tyle, że udało mi się wskoczyć na stopień, ale drzwi oczywiście były zamknięte. Zjechana twarz o nawierzchnię peronu, obolałe łokcie, naderwany paznokieć i obluzowana górna trójeczka. Oczywiście, mając niezachwianą wiarę w inteligencję czytelnika, nie będę rozsupływał tej metafory. Powiem tylko, że złapanie szczekającego kozła, pozwoliłoby mi zaistnieć na rynku usług detektywistycznych i w końcu zdobyć poważnych, szacownych, zdecydowanych, przystojnych (czytaj bogatych) klientów. To nie tyle, że moje jestestwo potrzebuje sukcesu – to całe stado wygłodniałych i szczerzących kły, rzucających pełne politowania spojrzenia kopert na biurku wypełnionych rachunkami się tego domaga. Nawet znaczki na kopertach wydają się być sarkastycznie przyklejone.

Ilość „już prawie”, „niemalże” i „tuż za rogiem”, które przytrafiły mi się w tej sprawie powoduje, że już drugi dzień muszę robić okłady ze sproszkowanej Halamandrykowitaruki na zbolałe części ciała. To szczękające bydle, wymykało mi się tak wiele razy, oczywiście uprzednio skopawszy mnie solidnie, że zatraciłem powoli wiarę w swoje umiejętności detektywistyczne. Mam jeszcze nosa, ale wyczucia absolutny brak. Już wyjaśniam o co chodzi.

Wiem, że to stworzenie preferuje ciepłe i wilgotne miejsca, udałem się zatem do najbardziej ciepłego i wilgotnego miejsca w Zadrapandurii jakie znam, tj. do Opery. Przed wejściem wisiał ogromny afisz informujący, że dziś wieczorem, odbędzie się premiera Opery wielkiego mistrza Bandina Hufnerra pod tytułem „Fioletowa suwnicowa”. Plakat raczej pasował do opery niż do OPERY, co z resztą było bardzo na miejscu, bo stan Zadrapnduriańskiej kultury miewał się różnie, z naciskiem na bardzo różnie, czego obraz oddawał stan budynku miejskiej opery. Nie tyle odpadający tynk, wybite okno zastąpione akrylową wanną czy dyskretne plakaty informujące, że dyrekcja nie ponosi odpowiedzialności za pogryzienie przez gryzonie i owady, powodowały, że to miejsce było co najmniej upiorne. To widownia powodowała prawdziwe ciarki na plecach. Posępne, blade twarze o zapadniętych policzkach szanownych pań, zasłonione czarnymi woalkami, anorektyczni panowie po 90-tce z Makrelami lub Szprotami zawiniętymi w Gońca Pandurskiego pod pachą, barczyści jegomościowie, którzy przy każdym ruchu wydają z siebie dźwięki, jakby w kieszeniach mieli skład złomu. Całości widoku dopełniała osoba, trudnej do określenia płci, która serwowała w bufecie sos pomidorowy i kandyzowane komary po drakońsko wysokich stawkach. Tak więc, zakupiłem bilet ekonomiczny ( w zestawie do biletu otrzymałem drewnianą skrzynię jako siedzisko) i udałem się do wnętrza. Co mnie poraziło na wejściu to przestrzeń. Próbowaliście kiedyś wcisnąć kuchenkę gazową do pudełka od zapałek? I jak? Udało się? Nie? Hmm… szkoda, a dyrekcji Opery się udało. Dodatkowo do środka dorzucili scenę, 300 osób audytorium, żyrandol (niegdyś kryształowy, obecnie łysy), rury kanalizacyjne i fototapetę z palmami.

Usiadłem z boku na skrzynce i podziwiałem otaczające mnie cuda, jednocześnie wypatrując bytności szczękającego kozła. Scenografia przedstawiała żurawie portowe, suwnicę i budynek rozdzielni. Światło powoli zgasło, reflektor skupił swoje oko na prawym górnym rogu scenografii i nagle, lecąc z zawrotną prędkością zza kulis wyleciała na huśtawce jakaś baba z fioletowym owłosieniem górnym i zaczęła się drzeć wniebogłosy o tym jak cudnie robić na suwnicy. Nie powiem, na początku nawet się wciągnąłem , ale po kilku sekundach mój mózg od tego wrzasku zaczął rezonować, powodując falę mdłości. Niezwłocznie udałem się na stronę (czytaj: ktoś zrobił dziurę w podłodze i postawił na tym drzewienną budę, z serduszkiem wyciętym na drzwiach). I tuż obok, moją uwagę zwróciła sterta butelek po mleku, leżące obok, tego czegoś co w zadumie zwano toaletą. Szczękające kozły, tuż po ciepłych i wilgotnych miejscach, uwielbiają ciepłe mleczko przed snem. Wiedziałem, to była wskazówka. A jakże, była… i to jaka! Kiedy tylko się odwróciłem, otrzymałem potężny cios w twarzoczaszkę. Lecąc nieuchronnie w suche i twarde objęcia podłogi, usłyszałem tylko oddalające się szczekanie. Kiedy tylko się podniosłem, rzuciłem okiem w stronę lustra. Na moim czole widniało wielkie V, pamiątka po kolejnym już spotkaniu ze szczekającym kozłem.

I tak jak już wspominałem – mam jeszcze nosa, ale wyczucia absolutny brak. Czułem, że on tam jest, ale nie wyczułem dokładnie gdzie. Jak tylko wyliżę rany i odlepię z siebie te cholerne okłady z Halamandrykowitaruki, zrobię wszystko, żeby dopaść tą bestię. A później zapłacę rachunki…

Brak komentarzy