gsdgsdgsdgsgd
Doktor Rastapus, został wyrzucony z Rady Lekarskiej za niejasne eksperymenty na zębach trzonowych. Wychodząc z ostatniego posiedzenia w którym uczestniczył, jego koledzy po fachu mogli usłyszeć: „A pocałujcie mnie w moje niedoskonałości!” oraz zobaczyć zwieńczenie jego nóg od tyłu, nie okryte żadnym ubiorem.

Według teorii Rastapusa, podczas wypadków samochodowych, tudzież samobójczych skoków z wysokich obiektów architektoniczny, tuż przed impaktem, ofiary miały zaciskać zęby tak mocno, że w szkliwie powstawało ciśnienie doprowadzające dwuhydroksyapatyt (główny składnik szkliwa) do krystalizacji, wynikiem czego powstawał nowy pierwiastek. Próbował również wymywania związków wapnia w trudno rozpuszczalnych (głównie fosforanów) i soli zainkludowanych w szkliwie zębów pod wpływem roztworu o niskim pH tworząc rozpuszczalne wodorosole (np. diwodoroortofosforan (V) wapnia) tym samym naruszając strukturę szkliwa. Mówiąc krótko – zalewał zęby napojami gazowanymi i walił w nie młotkiem.

Rastapus, zakładał w swoich teoriach, że nowo powstały pierwiastek, jest równie wysoce lotny, co halucynogenny, a jako odwieczny poszukiwacz kontaktu z zaświatami, pragnął zgromadzić, co nieco większą ilość nowego pierwiastka. Dajmy na to 1 gram. I tu zaczyna się kolejna sprawa…

Skaczący Misza – zawodowo seryjny napadacz bankowy, a prywatnie starszy brat Kapitana Baraban. Od dziecka, z powodu chronicznego bólu w kostkach poruszał się skacząc na pośladkach. Lekarze ostrzegali go, że taka forma przemieszczania się może spowodować trwałe uszkodzenie mózgu, ale Skaczący Misza tym się nie przejmował… i dalej skakał do banków po wypłatę. Jego ostatnia robota nie poszła do końca po jego myśli. Na dzień przed planowanym skokiem, posilał się w „Hak w Samk”. To był błąd. POWAŻNY błąd. Zacierana ikra dorsza na gorącym półmisku z sałatką z pąkli nie była dobrym pomysłem. Znaczy się, samo danie jest przepyszne, ale nie koniecznie konsumowane w „Hak w Smak”, czyli w tym samym miejscu, gdzie ustalono światowy rekord przekroczenia daty przydatności do spożycia jogurtu truskawkowego. Po 6 latach pleśń z jogurtu, wyszła z lodówki na ulice, strajkując przeciwko fatalnym warunkom mieszkaniowym. Głównie narzekając na ciasnotę.

Tak więc, nierozważny wybór miejsca stołowania się, fatalnie wpłynął na przebieg napadu w wykonaniu Skaczącego Miszy. Starszy brat Kapitana Baraban, wbiegł, a raczej wskoczył do banku w pełnym pędzie. Będąc w połowie drogi do okienek kasowych, krzycząc „To jest napad!”, jego zwieracze nie zdołały pohamować tego co nieuniknione – a mianowicie resztek wczorajszego posiłku. Tak moi mili – droga hamowania na marmurowej podłodze, posmarowanej ciepłym i rzadkim smarowidłem jest bardzo długa. Pisząc „bardzo”, mam na myśli, że trzeba się asekurować twarzą w postaci zderzaka, żeby się zatrzymać. Kiedy tylko Misza odzyskał przytomność, zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz Strażnika Zadrapanduriańskiego. Tak, jeżeli delikwent jest obezwładniony, oszołomiony, pół przytomny i ładnie zapakowany, S.Z. zawsze przybywa na czas. Po dostarczeniu Miszy przed oblicze Sądu, zważywszy na jego niekonwencjonalny sposób poruszania się, nieciekawy zapach i dość ekscentryczną, fioletową fryzurę, skierowano go na leczenie do Zakładu Leczenia Osób o Alternatywnym Spojrzeniu na Rzeczywistość. W ramach pakietu powitalnego zapewniono mu lodowatą kąpiel, lewatywę, elektrowstrząsy oraz niezwykle gustowny kubraczek (model long-sleeve). Zasadniczo wszystko w porządku i zgodnie z ogólnie przyjętym porządkiem świata. Tyle, że naczelnym lekarzem oddziałowym jakiś czas temu mianowano Rastapusa, a on, od razu zobaczył w Skaczącym Miszy istne objawienie – a dokładniej w jego zębach. Ktoś poruszający się podskokami na własnych pośladkach od ponad 30 lat, musiał mieć tak ubite szkliwo, że z jego zębów można by wycisnąć dużo więcej niż upragniony 1 gram.

Kapitan Baraban wpadł do mojego gabinetu, po drodze wyrywając w roztargnieniu klamkę od drzwi, wsparł się oburącz o biurko i dyszał. A dyszał długo. Później sapał. Następnie było charczenie, które ustąpiło łagodnemu warkotowi.

Biuro na 37 piętrze bez windy – tak, to stanowiło pewnego rodzaju wyzwanie dla listonoszy i potencjalnych klientów, ale równie dobrze odstraszało windykatorów i akwizytorów.

Tak więc Baraban, kiedy już odzyskał równowagę krwi do alkoholu w sowim organizmie (50-50), wypijając pół litra Klasycznej Nalewki Dębowej McSimpsona, runął na kolana i jął lamentować.
-„Panie Mroton, brata ukatrupić mi chcą! Znaczy się, nie do końca tak, ale ZĘBY wyrwać mu chcą!” – wył Baraban.
-„No dobrze już, dobrze. A teraz po kolei.” – powiedziałem podnosząc go z podłogi i próbując oderwać od mojej nogawki, w którą to właśnie wylewał swoje łzy.
-„To ja! To moja wina! To ja Panie Mroton, to przeze mnie! To ja go kopałem po kostkach, bo nie chciał grać ze mną w chińczyka. A im bardziej nie chciał, tym mocniej kopałem. Tak mu te kostki napuchły, że jak miał 8 lat to już tylko na tyłku chodził z bólu. TO MOJA WINA!!! A BUUUUUUUUUUUUUUUUU!!! No i, no i, no i on na złą drogę zszedł przez to moje kopanie. Bo się śmiali wszyscy z niego, że na tyłku chodzi, a on coraz bardziej zamykał się w sobie i tak zamykał i zamykał coraz bardziej, a jak w końcu wyszedł, to miał fioletowe włosy i zaczął napadać na banki. Ale złapali go! Złapali w końcu. I do Zakładu Leczenia Osób o Alternatywnym Spojrzeniu na Rzeczywistość go zamknęli. A wie pan kto tam jest ordynatorem? Rastapus!!! Oj Biedny Miszka. A BUUUUUUUUUUUUUUUUU!!! Pan wie co to za jeden? Moja dziewczyna, to ona salową jest w tym pożałowania godnym przybytku medycznym, to ona mi powiedziała. Jak mierzyła temperaturę na „ten trzeci sposób” jakiemuś upartemu pacjentowi, usłyszała jak ten cały Rastapus nagrywa swoje wywody na płytozgrywaczkę. Ten Rastapus to szaleniec jakiś! Pan musiał czytać o nim w Gońcu Pandurskim. On mojemu Miszce, w ramach leczenia umysłu, zęby wyrywać chce. Nikt nie chce mi pomóc, nikt nie wierzy – NIKT! Już tylko Pan mi pozostał, pomóż Panie Mroton, pomóż – to Pana Protami obsypię.” – skomlał, trzymając twarz w dłoniach.

Przebrałem się za Inspektora Nadzoru Sanitarnego. Instytucji z samego założenia nie mającego najmniejszego sensu istnienia w Zadrapandurii. Słowo „sanitarne” było bardzo agresywnie atakowane przez wszechobecne gangi „Brudu”, „Pleśni” i wyjątkowo bezwzględne bandy „Śmieci”. Jednakże odznaka tegoż urzędnika wyglądała bardzo groźnie (było tam dużo czasek, kości, szczurów, różnego rodzaju pasożytów i kruków) i zawsze pomagała mi otwierać drzwi w całym mieście. Tak więc, udałem się prosto do gabinetu Rastapusa i groźnym tonem, nakazałem natychmiastowego wydania podopiecznego placówki, nijakiego Miszy Baraban, szerzej znanego jako Skaczący Misza. Jako uzasadnienie podałem poważne zagrożenie epidemiologiczne, a dokładniej rzecz ujmując, w/w obywatel miał cierpieć na tzw. Brykajacą Próchnicę. Trzeba było widzieć minę Rastapusa, kiedy to usłyszał. Panika to mało powiedziane. Zaczął wiercić tyłkiem na krześle jak wsza na gorącej patelni. Wiedziałem gdzie uderzyć, żeby najbardziej zabolało. Brykajaca Próchnica, przenoszona droga kropelkową, atakowała zęby i po 48 zostawiała w otowrze gębowym wyłącznie gruzy i zgliszcza. Wyjątkowo zgryźliwy szczep Brykającej Próchnicy potrafił spowodować, że w ciągu tygodnia, 20 000 miasto sepleniło jak ta lala. Przeczuwałem, że ten upiorny, pseudonaukowiec gdzieś niedaleko musiał gromadzić zapasy trzonowców, a Brykajaca nie przepuści nawet już wyrwanym zębom. Formalności związane z wydaniem Miszy trwały 3 minuty. Wpakowałem go do samochodu i odwiozłem do mieszkania Kapitana. Misza nie protestował, kiedy Kapitan nosił go na rękach, głaskał po głowie i śpiewał kołysanki.

Nie wiem skąd emerytowany Kapitan Żeglugi Zatokowej, alkoholik i właściciel wypasionej Panterzy miał tyle kasy, ale – powiem krótko – zostałem obsypany Protami. Co prawda musiałbym stać w bardzo wąskiej rurze, żeby zarobione Proty mnie przykryły, ale jakby nie patrzeć, było tego kilka stówek. I kamizelkę dostałem na pamiątkę!

Brak komentarzy