kapitan

Zadrapanduria, jak każde miasto portowe w tym rejonie, jest gęsto poprzecinane siecią kanałów. Zasadniczo Zadrapanduria to jeden wielki kanał. A w tym królestwie hydraulików i speców od żeglugi morskiej oraz śródlądowej, tkwię ja. Postanowiłem, że będę i oto jestem. Mroton. Mistrz nad mistrzami. Dla mnie archiwum X, to archiwum ABC. Kolejna sprawa. Biorę ją. Biorę, bo to lubię!

Pomiędzy tym co się lubi, a tym co się ma – zawsze jest różnica. Ta różnica nazywa się „życie”. Lubisz wieczorne ogniska na plaży, a dostajesz palnik acetylenowy nad ranem w kuchni.

Kapitan Baraban, całe życie musiał „żyć”. Nawet, kiedy chciał bohatersko zakończyć swoją egzystencję w samobójczym rajdzie na łódź wrogich wojsk pod dowództwem Dirko Sztryckulfta, musiał jakoś przeżyć. Po odrzuceniu jego kandydatury przez szacowne gremium Wojskowej Komisji Lekarskiej, które to motywowało swoją decyzję: „posiadaniem tak niemiłej aparycji i wrogiego spojrzenia, że następuje obawa, iż przełożeni będą bali się dawać rozkazy obywatelowi Baraban” – wypakował swój kuter materiami wybuchowymi i butlami z gazem kapuścianym. Dał całą na przód i ruszył na burtę wrogiego niszczyciela. Wymachując pięścią i rzucając w eter nieciekawe inwektywy pod adresem rodzin marynarzy, pruł fale zatoki Owalcowej, żeby zatopić tych i owych. Tych, to jeszcze jako tako tolerował, ale owych nienawidził bardziej niż PZKR (Portowa Zadrapanduriańska Kontrola Rybacka). Tak więc, zgrzytając zębami i z zaślinioną brodą, gnał śpiewając hymn Zadrapandurii. Po falach niosło się gromkie: „… i niech kotwica gdzie kotwiczyć ma, nie odgryzaj szprotom łba…”.
Paliwo w baku kutra skończyło się w okolicach trzeciej zwrotki. Po 2 minutach dryfu, dało się słyszeć ciche: ”Puk”. Dziób łodzi Barabana sunąc z prędkością ślimaka z połamanymi nogami, „pocałował” burtę niszczyciela. Jak na komendę zza burty wychyliło się 20 marynarzy Dirko Sztryckulfta z minami świadczącymi o daleko posuniętej niechęci do kapitana Baraban, natomiast żądzy robienia mu rzeczy na które on niekoniecznie musiał mieć ochotę. Baraban wychylił się ze sterówki, pomachał do marynarzy i siląc się na uśmiech a’la „co ja robię z czerwonym szalikiem na trybunach zielonych szalików?”, dał nura do wody.

Jeszcze dwa dni później piszczało mu w uszach. Krótka seria z karabinu jednego z marynarzy rozpruła kuter, który to poszedł był błyskawicznie na dno i pozwolił sobie detonować na głębokości 50 metrów, nie czyniąc żadnych zniszczeń, poza obolałymi bębenkami w uszach Barabana. „Cóż – życie” – mówił Baraban. Chciał być żołnierzem i walczyć obronie Zadrapandurii, a dostał kategorię H (kat. H: na wypadek wojny – rozstrzelać), chciał bohatersko zginąć w obronie ojczyzny, a stracił kuter i bolały go uszy. Życie…

Kapitan Baraban znalazł mnie w „Hak w smak” i postawił mi sok ze świeżo wyciskanej makreli z posypką landrynkową. Polubiłem go od razu – lubię ludzi z klasą. A jeszcze bardziej lubię osoby z wyrobionym smakiem. Po krótkiej wymianie uprzejmości, obejmującej wzajemne komplementowanie obuwia, doskonale skrojonych spodni i doboru perfum, przeszliśmy do meritum. On powiedział, że ktoś mu ukradł wyważarkę do wikliny, ja powiedziałem 200 Protów. Uścisnęliśmy sobie prawice i kapitan wyszedł z baru.

Jako że jego szarża na statek wroga nie przeszła bez echa w prasie miejscowej, został odznaczony przez Burmistrza kilkoma medalami i przyznano mu świadczenia kombatanckie. W zestaw w/w świadczeń wchodziły miedzy innymi darmowe sesje u psychologa – a ten, w ramach leczenia traumy pourazowej, zalecił wyplatanie koszyków z wikliny. Każdy dobrze wie, że nie da się dobrze wyplatać bez wyważarki do wikliny. Jak poinformował mnie mój nowy klient, był on nabył na pchlim targu, używaną, aczkolwiek nadal sprawną wyważarkę. Wychodząc z targu, kupił również od typa bez oka, szczeniaka Panterzy, podobno rewelacyjnie nadające się na stróża. Jak się okazało, ten egzemplarz bardziej nadawał się na odkurzacz niż na stróża. Apetyt tego stworzenia był ogromny. Kiiiiicia, kiiiiculek… głośne HAPS i nie masz już swojej skórzanej teczki. Panterz jednak nie obronił domostwa Barabana i wyważarkę ktoś jednak ukradł.

Jak wykazało moje dochodzenie, kapitan od czasu wybuchu był na nieustającym haju. Nawalony chodził. Za dużo pił. Za kołnierz nie wylewał. Przyjacielski po prostu był. Przez chlebek cedził. Opinie były różne. Fakt faktem, Baraban wszedł nie do swojego mieszkania i dlatego w tym mieszkaniu akurat brakowało wyważarki. Po wizji lokalnej i okazaniu klientowi jego własnego mieszkania, zostałem ucałowany w obydwa policzki. Zważywszy na zaistniała sytuację, a raczej na fakt niezaistnienia kradzieży, zgodziliśmy się obniżyć moje wynagrodzenie ze stawki 200 Protów (stawka za kradzież), do 100 Protów (stawka za zaginięcie). Cóż, życie…

Brak komentarzy