01

Poszłem czy poszedłem, już sam nie wiem. Umysł mi zwiędł… zwióndł… zwiędnął… ja Cie… i niuanse ortograficzne. Jeżeli kwintesencją Twojego istnienia jest wydalanie z siebie dwutlenku węgla, to po 3 dniach bezproduktywnego siedzenia w biurze w oczekiwaniu na telefon ze zleceniem, miewa się problemy z myśleniem. Szczególnie jeśli okno się zacięło i nie ma najmniejszych szans na łyk świeżego powietrza. O otwieraniu drzwi nie ma mowy, no chyba że ma się ochotę na wizytę wielgachnych szczurów portowych, których nie brakuje na korytarzu w mojej czynszówce. A więc siedzę i czekam dalej…

DZIEŃ CZWARTY.
Liczby do liczenia, głowa do myślenia, a tyłek do siedzenia. Boli mnie jedno i drugie. Wczoraj bardziej bolał mnie tyłek. Dziś bolą mnie niemalże tak samo głowa i tył. Obawiam się dnia piątego. Jeśli ból się zrówna, to jak odróżnię jedno od drugiego?

DZIEŃ PIĄTY.
Ból się zrównał. To będzie dziwny dzień. Czuję to… tu i ówdzie.
Telefon w końcu zadzwonił! Księżniczki zdarzają się bajkach, bajki zdarzają się w życiu, ale najgorzej jak księżniczka zdarza się życiu. No, a mi oczywiście musiała się przytrafić nie księżniczka, a, Księżna. Dość leciwa, co prawda, ale nadal całkiem zakonserwowana. Niecałe 37 lat temu wybrano ją na Miss VIII Basenu Portowego. Nie lada wyróżnienie – to właśnie tam przybijają okręty wyładowane bawełną i jedwabiem – podstawowymi składnikami do produkcji tiulu. Ale wracając do tematu. Księżna Melawia, jak kazała się nazywać, po krótce przedstawiła mi sytuację jaką zastała po powrocie do swojego apartamentu. A więc zastał „NIC”. Z jej domu wyniesiono wszystko. Straż Zadrapanduriańska, jak to było w jej stylu, totalnie olała zgłoszenie i w ogóle nie zjawił się na miejscu przestępstwa. Zrozpaczona Melawia, w zamian za odzyskanie swojego majątku, zaproponowała mi wszystko czym tylko dysponowała na chwilę obecną, a więc:
-15 lekcji gry na klawesynie,
– bezpłatne tłumaczenia dowolnych tekstów urzędowych na wszystkie języki państw ościennych,
– torebkę naramienną ze skóry Halapandry,
– udziały w sklepie wielobranżowym na rogu ulic Małej acz nie krótkiej i Januarego Wajkotla,
– 4 torebki kisielu o smaku kandyzowanych komarów,
– a jeśli tego będzie mało, jest skłonna położyć na ołtarzu poświęcenia, swoje żelazne dziewictwo.
No nie powiem – zaimponowała mi determinacją. Większość z wymienionych przez nią opcji płatniczych, daleko wybiegały poza mój standardowy cennik. Ale cóż począć. Jak mawiał mój ojciec: „Dają bierz – biją uciekaj.” Mówiąc krótko, podjąłem się tego zlecenia.

DZIEŃ SZÓSTY.
Dzień rozpocząłem od posiłku w „Hak w smak”. Zupa była za twarda, sałatka rozgotowana, a pieczeń reprezentowała sobą dualizm egzystencjalny – wyglądała, ale nie smakowała. Następnie udałem się pod adres wskazany przez księżną. Normalnie fiu, fiu, że tak powiem. Rzadko bywałem w tej okolicy, ale budynek wywarła mnie wrażenie. Był czysty. To nieczęsta sytuacja w Zadrapandurii. Wszedłem na pierwsze piętro, apartament numer 7, drzwi były uchylone. Panowała tu taka cisza, że byłoby słychać jak rośnie ciasto drożdżowe. Oczywiście gdyby tu było, ale go nie było. Nie było tu niczego. A nawet więcej, bo nic, to byłoby coś. A z mieszkania wyniesiono wszyściuteńko. Wyrazy 4 sylabowe i dłuższe nie miały tu prawa bytu. Tu nawet rdza nie żarła, pająki zwijały swoje sieci, a ciemność uciekała w stronę najbliższego źródła światła.

Wyszedłem z mieszkania i zapukałem do przeciwległych drzwi. Apartament otworzył nobliwy jegomość z siwą, kozią bródką. Z miejsca chwycił mnie za klapy prochowca, przyciągnął do siebie i ustami jak dwie dżdżownice wijące się na patelni, wlał do mojego ucha potop cierpkich słów pod adresem Prezesa MATAHANU. Swój wywód na temat jego pracowników i ich poczynań zakończył gromkim okrzykiem: „Mąka na ciasto, Prezes na przemiał!” i trzasnął drzwiami. Tak szczęśliwie się składało, że szef ochrony MATAHANU MAxij, był winien mi przysługę. Zanim udałem się do niego, zawitałem do pobliskiego antykwariatu i nabyłem opasłe tomisko pt. „Kronika znakomitości Zadrapanduriańskich”, który to umieściłem w spodniach w okolicach krocza. MAxij miał upiorny zwyczaj kopania wszystkich w jaja na dzień dobry. Taki tam, jak on to nazywał, żarcik sytuacyjny.

JEBUDUUUU! (Mogłem dokupić jeszcze ze dwa tomy encyklopedii – MAxij chyba ostatnio trenował). Kiedy już złapałem oddech, powoli się wyprostowałem i spojrzałem na tą górę mięcha. Zwieńczeniem tego atletycznego zjawiska, była mała główka, której straż przyboczną, stanowiły wyrośnięte bokobrody.
„Mroton? Ty zdechła purchawko. No niech mi spawy na szczęce puszczą. To Ty? A coś Ty taki niewyraźny?” – wycharczał.
„A nie, nie, nic. Wydaje Ci się. Słuchaj, nie za bardzo mam czas. Potrzebuję Twojej pomocy.” – wypiszczałem.
„No dajesz Mroton. No Mrotonik, bez krępacji. Co się stało? Powiedz MAxijowi. Hnie , hnie hnie” – zarechotał.
„Księżna Melawia. Apartament, pusty. Twoi chłopcy. Ona moja klientka. Pomoc.” – mówiłem telegraficznie. Ból w podbrzuszu powrócił ze zdwojoną siłą i nie pozwalał na formułowanie rozbudowanych zdań. Z resztą ich stosowanie nie miało większego sensu. MAxij gubił wątek, gdzieś w okolicach czwartego wyrazu.
„Yyyyy, no… taaaaaa… Że kto??” – wymamrotało zbrojne ramię MATAHANU.
„Księżna Melawia. Apartament numer 7. Ulica Portowych westchnień. Wy zabrać rzeczy. Wszystkie. Ja chcieć odzyskać. Pomożesz? – szepnąłem.

No i MAxij pomógł. Okazało się, że księżna chronicznie zalegała z płaceniem rachunków za prąd i stąd działania windykacyjne. Może i szef ochrony MATAHANU był błyskotliwy jak latarka, w myśleniu szybki jak drożdże winne i piękny jak program polityczny Burmistrza, ale za to był honorowy. Kiedyś uratowałem mu życie. Zadławił się risotto w „Hak w smak”. Kopnąłem go z pięć razy w bebechy i chłopak odzyskał oddech. Opłaciło się. Ciężarówka z dobytkiem Księżnej, niecałe pół godziny po mojej wizycie, podjechała pod jej apartament. Chłopcy uwinęli się w kolejne 30 minut i było po sprawie.

Księżna zawiadomiona moim telefonem, przybyła na miejsce. Achom i ochom nie było końca. W końcu wyciągnęła 1,5 litrową butelkę wypełnioną nalewką z małż portowych i zaproponowała wspólne spożycie. Po opróżnieniu ponad połowy, podała mi dłoń, spojrzała głęboko w oczy i zaproponowała Bruderschafta.
„Muuuf mi Mellla” – szepnęła nieskładnie, po czym przystąpiła do regulowania należności za rozwiązaną przeze mnie sprawę. Skoncentrowała się szczególnie na ostatnim punkcie oferty, ale to juz temat na inną okazję…

Brak komentarzy