02
Lubię zlecenia od Burmistrza. Zawsze później jakiś medalik się znajdzie, a jak ma dobry humor, to nawet jakiś skwer moim imieniem nazwie. Dziwnie się chodzi po ulicy nazwanej własnym imeniem. To tak, jakby się już prawie nie żyło. To co prowadzę, też trudno nazwać życiem, więc koniec końców wszystko się zgadza. Skwer Mrotona… to brzmi dumnie!

Burmistrz przysłał dychawicznego, cherlawego alergika z kozią bródką – swojego sekretarza. Kichajacy jegomość zjawił się w moim biurze, rzucił swoje kości na fotel i zaczął swoją tyradę: "Że fyszoko i że besz fyndy, aaapsik, że szczuły na kołytarzu aaaaaa PSIIIIIK, że kurz fszendże kachu, kachu, a niech to Wielki Wierzyga i że stokłotky zaczęły pylyć aaaaa psiiiik, że to nie fair, bo jeszcze lypy nie szkończyły, a stokłotky już zaczęły". Po tym monologu wyciągnął z kieszeni chusteczkę do nosa, która w sytuacjach awaryjnych mogłaby służyć za nosze lub spadochron i gromko opróżnił swoją górną część dróg oddechowych, powodując przy tym niemały przeciąg w moim biurze. Otarłszy już resztki wydzielin spod uszu i oczu, wsadził rękę do kieszeni i wyjął wilgotną kulkę papieru.
„Pan fypaczy. Pomylyłem po drodze lyszt z chustkom. Cholełne stokłotky.” – wymamrotał poddańczym głosem sekretarz.

Z apteczki wyjąłem kauczukowe rękawiczki. Nie tam, żebym się brzydził – po prostu byłem ostrożny. Z wewnętrznej kieszeni wyjąłem pincetę i zacząłem powoli rozkładać list. Po 37 sekundach list był już rozłożony. Chwyciłem go za rogi i płynnym ruchem rzuciłem na szybę w oknie. Chlapś! Tak umocowany dokument został poddany przeze mnie wnikliwej analizie. Jak się okazało, wydzieliny z nosa sekretarza, oprócz zatykania nosa, posiadały również rewelacyjne właściwości rozpuszczalnika tuszu. Z listu dało się odczytać:
„D… Mr….e,
Nie w…… …. . …… … … ………… … ………. . Az…….. . ……k ……..i … ….. …… . …….. …… . ………. … …….. l……
….. …… skw…… i 200 Protów.
Na z….. ….
Teodor Mykon
Bur..trz”

Sprawa była oczywista – Upiorna Lodziarka znowu terroryzowała zaułek Makarego Wieńczuka. Nie tyle zaułek, co bawiące się tam tabuny dzieci.

Jako że obok nawiedzanego miejsca MATAHAN miał zrzutnie odpadów radioaktywnych, to w krzakach w zaułku Wieńczuka i w pobliskiej sadzawce znajdowały się całe dziesiątki dosyć oryginalnych stworzeń. Często występowały tam mrówkomaki, szerszdronki, traszoniki polne, żapuchy. MATAHAN odżegnywał się od opinii, że składowisko może mieć wpływ na występowanie mrówek w ślimaczych skorupkach, czerwonych szerszeni w czarne kropki, skaczących traszek i łatających żab.

Dzieci, podsiadające wrodzony instynkt łowiecki, przybywały tłumnie do zaułeku Wieńczuka celem wyłapywania co ciekawszych okazów i urządzania przy ich pomocy wyścigów. Jak dobrze wiadomo, nic tak dobrze nie studzi gardeł przegrzanych dopingowaniem zawodników jak lody. I tu właśnie pojawia się Lodziarka.

Według zeznań świadków, Upiorna Lodziarka zawsze przychodzi od strony ulicy Dundra Świśniętego, staje po środku zaułka i drze się niebotycznie, zachęcając okoliczną ludność do nabywania jej produktów drogą kupna. Kiedy już wszyscy mają w dłoniach swoje łakocie daje się słyszeć basowy śmiech, Lodziarka znika, a jej lody zmieniają smak. Waniliowy robi się cebulowy, truskawkowy – czosnkowy, jagodowy (tu cytat jednego z poszkodowanych) – „jakbym polizał koci zadek”, a cytrynowe…, no cóż, cytrynowe… to bardzo przykre, ale zachodzi podejrzenie, że Lodziarka sika do cytrynowych.

Po dokonaniu wizji lokalnej, udałem się do szefa Straży Panduriańskiej. Był on moim dobrym znajomym jeszcze ze szkoły. Znaczy się nie do końca mieliśmy okazję ze sobą rozmawiać, bo on był zbyt zajęty gonieniem mnie, a ja szukaniem kolejnych miejsc, gdzie mógłbym się przed nim ukryć. Ten szczególny rodzaj relacji, pozwolił mi w późniejszych latach zyskać jego sympatię, bo jak sam twierdził, nikogo innego tak fajnie mu się nie ganiało jak mnie. Dzięki jego przychylności miałem nieograniczony dostęp do ASP (Archiwum Straży Pandurskiej). Straż słynęła z tego, że zawsze była tam gdzie akurat nic się nie działo i była bardzo skrupulatna w robieniu tego, co właśnie robiła tam, gdzie nic się nie działo. Wzywanie pomocy w momencie napadu było oczywistym absurdem. Co bardziej błyskotliwi obywatele, stojąc w obliczu zagrożenia, zazwyczaj krzyczeli: „Laaaaaandrynkiiii, darmowe laaaaandrynkiiiiii!” Tego rodzaju okrzyki zawsze zwracały uwagę Straży… Zasada niebytności Straży w miejscach gdzie być powinna, owocowała bardzo kreatywnymi raportami. Ilość tuż tuż, już prawie, minimalnie i o mały włos występujących w raportach z patroli, budziła prawdziwy podziw. I tak jak się spodziewałem, nie znalazłem żadnych przydatnych informacji w ASP, ale darmowy soczek z kiszonej kapusty dostałem.

Tak więc, będąc w kropce, udałem się do Bazyliki pod wezwaniem „Wielkiego Wierzygi”. Wiadomo – sprawy duchów oddajemy w ręce duchownych. Biskup Majciak był jednym z postępowców w kościele Zadrapanduriańskim. To znaczy wierzył w duchy. I nie lubił ich tak samo, jak Kapitan Baraban nie lubił PZKR. Usiedliśmy w biurze Majciaka. Za jego plecami ciągnął się wielometrowy ciąg szaf zapełnionych księgami oprawianymi w skóry, co rzadszych i nie koniecznie już egzystujących w Zadrapandurii gatunków zwierząt, w przypadku starszych woluminów – w skóry heretyków. Po wkrótce przedstawiłem sprawę biskupowi, który zerwał się nagle z krzesła, zarzucił na ramie swoją rytualną sieć rybacką i ciągnąc mnie za klapę prochowca zaciągnął w ciemny zakamarek między półkami. Spojrzał konspiracyjnie na mnie i szepnął: „37 rząd, druga półka od dołu, beżowa okładka”. Następnie cichym truchtem, machając tłustymi łapkami, zniknął w ciemnościach biblioteki. Pochyliłem się, wyjąłem z kieszeni płaszcza słoik ze świetlikami i przyświecając sobie nim, szukałem wskazanego tomu. Mała, niepokaźna książeczka nosiła ślady częstego użytkowania. Na okładce widniał wytłoczony napis: „Nieopisane”. Usiadłem na podłodze i rozpocząłem lekturę. Spis wydarzeń wykraczających poza ludzką percepcję, a zgłoszony i zarejestrowany przez hierarchów Zadpanduryjskich był nad wyraz krótki. Większość zdarzeń w rubryce Przyczyna, miało opis „MATAHAN”, krótko i zwięźle opisując przyczynę zdarzeń nieopisanych. Moją uwagę zwróciło zdarzenie sprzed kilkudziesięciu lat, gdzie w rubryce Przyczyna, widniał napis: „ A weź Pan nie pytaj!”. No i rozwiązanie spraw samo pchało mi się prosto w ręce. Matylda Mepta. Tak, to musiało być to!

Jak się okazało, Matylda, pracując jako lodziarka, upatrzyła sobie ówczesne tereny obecnego zaułka Makarego Wieńczuka. Kiedyś, gdzie obecnie znajduje się wysypisko odpadów toksycznych – istniał gigantyczny plac zabaw. Matylda zarabiała krocie na sprzedaży lodów przemycanych z graniczącej z Zadrapandurią Zygocji. To właśnie prohibicja lodowa doprowadziła do późniejszej wojny z Generałem Dirko Sztryckulftem. Ale wracając do meritum. Obroty były tak duże, że Matylda zatrudniła bandę obwiesiów do sprzedaży i dystrybucji lodów. Po dwóch wyjątkowo upalnych latach, Matylda stanęła na czele syndykatu lodowego trzęsącego całą Zadrpandurią. Wtedy to pojawił się prezes MATAHAN i jego plan. A jego plan brzmiał: „Zrobić wysypisko odpadów radioaktywnych na terenach zajmowanych przez plac zabaw”. No i stało się – doszło do starcia „Grupy Łagodnej Perswazji Matyldy Mepty” z „Towarzystwem Miłośników Sportów Pałkarskich MATAHAN”. Jak wyczytałem w zapiskach, zwłoki członków Grupy Łagodnej Perswazji posłużyły jako nawóz pod drzewka sadzone dookoła wysypiska. Żeby nie było – Prezes dba o zieleń.

Zamówienie egzorcyzmów do zaułku Wieńczuka, kosztowało mnie 20 Protów. Biskup dosyć długo mocował się z duchem Matyldy Mepty. Po 4 godzinach egzorcyzmów stanęło na tym, że pójdą na kawę, a dalej to się zobaczy. Koniec końców, Matylda nie wróciła już ndo zaułku Wieńczuka, a ja zainkasowałem 200 Protów. Zaułek Mrotona – to naprawdę brzmi dumnie!

Brak komentarzy