mortonPatrzysz na las. No niby tylko morze celulozy. A tu nagle niespodzianka. Wchodzisz do lasu i z miejsca pakujesz się w pajęczynę, w kark tłuką Cię komary, wilk próbuje Ci odgryźć zadek, niedźwiedź staje z Tobą w zawody sprinterskie, a na koniec, zmęczony, siadasz pod drzewem… w mrowisko. Nic, ale to nic, nie jest takim jakim wydaje się z daleka. Po bliższym poznaniu zawsze czekają nas niespodzianki.

Moja niespodzianka zapukała do drzwi mojego biura punktualnie w piątek o 10.37. Niby nic nadzwyczajnego, koleś łysawy, metr sześćdziesiąt wzrostu, długa broda i wąsy, no i cały ubrany w pomarańczowe fatałaszki. Zapukał i wszedł. Razem z nim wszedł zapach jakiś palonych ziół i czosnku. Złożył dłonie i ukłonił się głęboko.

Co od razu zwróciło moją uwagę i obudziło moją czujność – oddychał miarowo i nie było widać, żeby co nieco się spocił. Zważywszy na umiejscowienie mojego biura na 37 piętrze bez windy, mogło to budzić podejrzenia.

Podszedł do mojego biurka, wskoczył na nie, w locie zaplatając nogi w kwiat lotosu i miękko wylądował na stosie rachunków, co było nie lada wyczynem, bo wspomniany tu stosik mierzył coś koło metra wysokości. Spojrzał na mnie szklistymi oczami i wyszeptał:
-„Sława wielkiego człowieka, który ludzi i przedmioty odnajdywać umie, mniejsza jest tylko od wielkości jego samego. Jako rzeka płynie w korycie i niesie swoim nurtem powalone pnie drzew, tak wieść niesie historię o odległej Zadrapandurii, gdzie Mroton zamieszkuje w wysokiej skale na 37 półce i tam, do niego udawszy się człowiek z papierowymi wizerunkami śmiesznych ludzi i dużą liczbą zer, złożywszy je w darze, może liczyć na łaskawe oko Mrotona. A on, jako wielki mędrzec, dopomoże w odnalezieniu zguby. Oto i przybyłem Wielki Mrotonie i przedkładam twemu obliczu papierki ze śmiesznymi ludźmi i dużą liczbą zer.” – pisnął.
To powiedziawszy, zdjął z ramienia torbę i wyjął z niej główkę czosnku i cebuli, drewnianą miseczkę i odłożył je na bok. Resztę zawartości torby wysypał przede mną. LUDZIE! Po prostu pokryłem się setkami tysięcy Protów!!! Byłem wzruszony… łzy wzruszenia płynęły strumieniami. A może to odór czosnku i cebuli to spowodował? Nieważne. BYŁEM BOGATY!

Przerażony jegomość spojrzał trwożnie na mnie i wypiszczał:
-„Czy urażony Wielki Mroton został tak podle skromną ofiarą? Czy Kaj-Daj może jakoś naprawić ten błąd?” – zapytał zlękniony.
-„Nie, nie, nie – ależ skąd? Wszystko w porządku. To cebula.” – odrzekłem z uśmiechem chłopca czyszczącego toalety na zamku, któremu zawartość wiadra wylała się na buty króla.
-„W czym mogę służyć? Co Cię sprowadza, o szlachetny ….y… jak to szło, a tak, Kaj-Daj?” – uderzyłem w gadkę w jego tonie.
-„Niesie to dużą radość na moje serce. Ja przybywam zza dalekich gór. Wysłany zostałem przez swojego mistrza Czuj-Czej. Prawie 5 lat temu, w nocy, ludzie owinięci w czarne poły tiulu, skradli w nocy przemocą nasz artefakt. Gruby, tłusty Grudda jest dla nas tym, czym dla ludu Zadrapandurii Wielki Wierzyga jak mniemam. Lud mój, jest wielce wierny tradycji. Ta natomiast nakazuje, aby każdy nowy uczeń, aby stać się pełnoprawnym mnichem, musi pogłaskać posąg Gruddy po brzuchu. Bez tego nie jesteśmy w stanie powoływać do obrony granic naszego kraju nowych mnichów. Jeszcze kilka lat i nasze szeregi zestarzeją się tak, że nie będziemy w stanie bronić naszego państwa i stanie się ono łakomym kąskiem dla graniczących z nami mocarstw. Wysłano dziesiątki ekspedycji poszukiwawczych. Żadna się nie powiodła – słuch wszelki zaginął po posągu Gruddy. Jako, że tej feralnej nocy ,kiedy skradziono posąg, to ja stałem na straży, mistrz Czuj-Czej, nakazał mi udać się w świat i odszukać kogoś kto będzie w stanie odnaleźć nasz skarb. I tak po wielu miesiącach wędrówki, dotarłem do domu w górach, gdzie mieszkał człek o imieniu Miśniak i to on powiedział mi, że niedawno u był niego człowiek o imieniu Mroton, z miasta Zadrapanduria i że on potrafi w zamian za papierki z rysunkami śmiesznych ludzi i dużą liczbą zer, odnajdywać dowolne rzeczy. Idąc za radą Miśniaka nająłem się przy wyrębie i spławianiu drzew w górach, aby zdobyć te papierki. A, że ja w przeciwieństwie do pozostałych osób, drzewa ciąłem dłonią, a nie siekierą, to osiągnąłem, jak to powiedział brygadzista, tak zakasujące wyniki przerobowe, że zostałem uhonorowany premią uznaniową. Pobrawszy ją w kasie, przybyłem do Ciebie Wielki Mrotonie i błagam o pomoc w odnalezieniu posągu Grubby.”

Wierzcie lub nie – powiedział to wszystko na jednym oddechu. A raczej wypiszczał. Obawiam się, że musiał mieć jakąś niemiła przygodę w dzieciństwie związaną z trzodą chlewną, która kopnęła go o 15 cm za nisko, żeby mówić o kopnięciu w brzuch.
„Nie no, ależ spokojnie damy radę. Pomogę – a jakże. Pozwolisz tylko drogi Kaj-Daj, że umieszczę te papierki w kieszeniach i już pędzimy szukać tej statuetki” – rzekłem.
Po 5 minutach byliśmy już na dole. Kaj-Daj schodził tak dynamicznie, że kiedy stanęliśmy przed budynkiem w powietrzu dało się wyczuć aromat cebuli i czosnku oraz lekko przypiekanej skóry – zelówki jego sandałów nieznacznie dymiły.

Jego dość jaskrawy strój, zapach i dymiące obuwie, zwracały na nas uwagę okolicznej ludności. A że okoliczna ludność w mojej dzielnicy odznaczała się dużą spostrzegawczością co do ubranych na pomarańczowo jegomościów, po chwili otaczał nas już wianuszek komitetu powitalnego. Przewodniczący komitetu pragnął wręczyć szacownemu gościowi naszej dzielnicy… kopa w zadek. Natomiast jego mniejszy pomocnik zaproponował relaksacyjny masaż pleców przy użyciu łańcucha zakończonego kotwicą. Reszta gawiedzi wznosiła okrzyki ku pokrzepieniu serc, w stylu: „Dawaj dziada dziwoląga tutaj, na kosie go nauczę tańczyć” , „W ryja! W ryja Bosman mu wal!” i inne temu podobne. Co poniektórzy zbliżali się już do nas na odległość pozwalającą na uścisk dłoni. Kaj-Daj zatrzymał się i powiedział:
-„Nie, nie, nie – nie będziemy się tak bawić Panowie. Takie zachowanie prowadzi do zamieszania i chaosu. Panowie – trójkami poproszę. Najlepiej według wzrostu. To nam ułatwi i znacznie skróci wyjaśnienie kwestii spornych.” – pisnął patrząc na swoje stopy.

Ilość „łudzia”, „hazia”, „ysss” i „uś” jakie dało się słyszeć podczas następnej minuty, spokojnie wystarczyłaby do udźwiękowienia pełnometrażowego filmu karate.
Następnie, pośród cichych „ojoj” „auć” i „a niech go – taki dziadek” poszliśmy dalej. Po kilkunastu metrach zadałem standardowe „ale jak to?”. Kaj-Daj mówił coś o medytacji, dużej liczbie umytych misek po ryżu, polerowaniu błotników w rikszach posuwistymi ruchami i atakowaniu zielonych i twardych drzew dowolnymi kończynami.
„Wielki Mrotonie, a tak właściwie to gdzie my idziemy?” – zapytał po kilku minutach marszu.
„Do świątyni Wielkiego Wierzygi. Przed wyjściem zadzwoniłem do znajomego kapłana. Powiedział, że ma w lochach coś, co może nam pomóc. I nie nazywaj mnie Wielkim – to może budzić nie do końca miłe uwagi, uśmieszki i porozumiewawcze mrugnięcia okiem.” – szepnąłem w jego stronę.
„Jak sobie życzysz o wszechwładny” – pisnął.
Ja się zabiję. Tak, któregoś dnia wezmę w dłoń suszoną Makrelę i będę nią walił w swoją głowę póki nie zejdę z tego świata. Wszechwładny…. Ja się zabiję…
Bazylika Wielkiego Wierzygi stała tak samo jak ostatnio ale coś się w niej zmieniło. No nic – idziemy do środka. Biskup Majciak czekał na nas tuż za progiem. Wyskoczył zza potężnego filaru z aparatem fotograficznym większym od swojej głowy i nacisnął spust migawki. Wybuch supernowej to pikuś w porównaniu z tym co zaprezentował flesz w jego aparacie. Po zrobieniu kroku naprzód na ścianie dało się zobaczyć obrys naszych sylwetek.

-„Viva explosion 4300!. Najostrzejszy flesz dostępny na rynku! – krzyczał podskakując Majciak. – „Jak tylko pokażę te zdjęcia przeorowi to padnie. Mówiłem im, że to niemożliwe, żeby wyznawcy innej wiary płonęli po przekroczeniu progu naszej świątyni. Tak , wiem, wiem – dawniej zdarzało się, że za progiem świątyń mocowano miotacze płomieni, ale tego w żaden sposób nie można nazwać samozapłonem bluźnierczym. No, ale zmieniając temat, w końcu gościmy w naszych progach wyznawcę Gruddy. Myślałem że jesteście bardziej, no… teges… atletyczni. Te sztuki walki, naśladujące różne zwierzęta. To co wypisują o Was w starych księgach, pobudza wyobraźnię. Czy to prawda, że potraficie samym tylko wzrokiem zmusić farbę do schodzenia ze ścian?” – zapytał Majciak.
-„To jedna z podstawowych ćwiczeń nowicjuszy. Za pomocą tego ćwiczenia doprowadzają sztukę łagodnej perswazji do perfekcji. Co prawda niektórym zaliczenie tego ćwiczenia zajmuje jakieś 40 lat, ale po zdanym egzaminie, z pewnością można mówić o wytrwałym adepcie Gruddy.” – pisnął Kaj-Daj
-„A widzisz, bo sprawę do Ciebie bym miał. W bocznej nawie remoncik by się przydał, a nie mam karty przetargowej, bo niby wszystko nowe, a ja bym chciał tam umieścić … jakby to powiedzieć, bardziej postępowe freski. Wiesz, nimfy błotne, rusałki bagienne i takie tam. A nie tylko te ryby i ryby. To jak – rzuciłbyś okiem?”
-„Nasza wiara nakazuje nam pomagać osobom chorym na umyśle. Oczywiście że Ci pomogę.” – wypiszczał
-„Ty, Mroton – szepnął mi na ucho Majciak – co on taki jakiś… piskliwy?”
-„Bo, jakby Ci to powiedzieć? On jest facetem bez motywacji.”
-„Bez czego?”
-„No bez motywacji. Rozumiesz, jego wiara nakazuje mu obcinanie, no teges… „- podrzuciłem biodrami, porozumiewawczo poruszyłem brwiami i złapałem się za miejsce, gdzie mama zawsze zabraniała mi się łapać.
-„No bez jaj – żartujesz sobie chyba?” – powiedziałem z niedowierzaniem.
-„No właśnie – bez jaj.”
-„Ale ja słyszałem o tym jak oni potrafią walczyć – ktoś taki nie może nie mieć jaj!” – krzyknął szeptem.
-„No patrz co za świat, Ci z jajami uciekają, a bez jaj w mordę dają.” – stwierdziłem z filozoficzną miną.
-„No tak – mi też nikt nie wierzy, że w szkole biłem rekordy w biegach na 100 metrów. To co, że mam brzuszek? Ciało słonia, ale dusza geparda, hehe – rechotliwe echo odbiło się od murów bazyliki.
-„Mówiłeś, że możesz mi pomóc w sprawie zaginionego posągu Grubby.” – zagadnąłem.
-„A tak, ostatnio przeor zamówił nowy zestaw wizjonerski. Stoi w lochu numer 37. Tu masz klucz. Po schodach na dół, na trzecim skrzyżowaniu w lewo, siódme drzwi po prawej. Ja muszę lecieć, nakarmić rybki w stawie. Jak będziesz wychodzić, klucze połóż na płetwie Wielkiego Wierzygi. Powodzenia” – krzyknął truchtając przed siebie.
Weszliśmy z Kaj-Dajem pod ziemię. Pajęczyny, ciemno, wilgotno, zimno – jak to w lochach. Chwilę truptaliśmy i dotarliśmy do ciężkich metalowych drzwi. Spod nich dobywało się światło. Wsadziłem klucz w dziurkę i przekręciłem. Drzwi otworzyły się zadziwiająco lekko, bez zbędnych efektów dźwiękowych. Z fotela zerwała się przepiękna dziewczyna okryta tiulem najwyżej jakości o splocie pajęczyny, czyli zasadniczo, formalnie rzecz ujmując, była naga. Od jej ciała biła lekka poświata błękitu. Kaj-Daj rzucił się do najbliższej ściany i począł dynamicznie i rytmicznie uderzać głową w ścianę. No tak – co kraj to obyczaj.
-„Witajcie o wielcy Panowie. Czym Wasza wyrocznia może Wam służyć?” – powiedziała, co chwila rzucając okiem na kartkę, którą trzymała w dłoni.
-„Yyyyy, wyrocznia? Tu? A czy to przypadkiem nie jest nielegalne? – zapytałem.
-„Oj cicho tam, przeor jest już taki stary, że nawet cytatów z Wielkiej Księgi nie rozpoznaje, to mu ofertę wcisnęłam i mnie zakupił. No co – każdemu się przyda dobra wyrocznia – nie? A tu mam wikt, opierunku nie potrzebuję… zaraz, a co jest nie tak z Twoim kolegą?”
Kaj-Daj stał już w kałuży krwi i nadal uderzał głową w mur.
-„Pani wybaczy.” – powiedziałem do wyroczni i podbiegłem do Kaj-Daja, wziąłem go pod pachy (był zadziwiająco lekki) i wyniosłem na korytarz.
-„Wszystko w porządku?” –zapytałem, kiedy krew przestała już lecieć z jego czoła.
-„Tak, w jak najlepszym. Nasza wiara nie pozwala mnichom spoglądać na nagie niewiasty. W razie zaistnienia takiego zdarzenia, należy profilaktycznie, za pomocą wszelkich dostępnych środków, pozbyć się z głowy nieczystych myśli, co też uczyniłem. „ – wypiszczał.
-„Ależ Kaj-Daj – ta niewiasta, jak ją nazwałeś, ma na sobie strój, tylko że ekstremalnie zwiewny. Toteż właśnie bez sensu pozbyłeś się litra krwi.
-„Ubrana, mówisz Mrotonie? No dobrze – niech i tak będzie. Ufam Ci. Zatem udajmy się z powrotem do komnaty.” – pisnął.

Wyrocznia siedziała na oparciu fotela i co tu dużo mówić, miała oszałamiającą figurę, co nie za bardzo pomagało mi w skoncentrowaniu myśli. Odrzuciła do tyłu swoje długie blond włosy, nadęła usta i szepnęła uwodzicielsko: -„To co chłopcy, w czym mogę Wam pomóc? – zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się.
-„W dalekiej krainie skąd pochodzi mój kolega, skradziono przedmiot wielkiej wagi. Znaczy się, swoją droga był zajebiście ciężki, ale chodzi tu raczej o wagę duchową. Mówiąc krótko, poszukujemy półtonowego posągu ze złota, przedstawiającego siedzącego, grubego typka z szelmowskim uśmieszkiem. Możesz nam pomóc?”
-„Oczywiście, że mogę. To będzie kosztować 5 protów.” – przerzuciła nogę na nogę, po drodze prezentując okolicznej ludności wsi i miast, wszystko to co powinno zostać schowane między nogami. Kaj-Daj padł na kolana, stanął na głowie i zaczął powoli obracać się wokół własnej osi.
-„Proszę oto należność: – powiedziałem wręczając jej banknot. –„A tak przy okazji – masz może rozmienić dychę na dwójki?” – zapytałem. –„Przed bazyliką stoi automat ze szprotami ,a ja swojego ostatniego wyssałem rano. To cholerne urządzenie przyjmuje tylko bilon.”
-„Proszę bardzo, pięć dwójeczek. No dobra, to co to ja miałam… a tak posąg, łysy typek, ze złota, poczekaj niech pomyślę. A tak – na rogu Mlecznej i Mrugniętej jest sklep z zagranicznymi wyrobami dekoracyjnymi, kojarzysz? No – to na wystawie stoi to czego szukacie.”
-„Eeeej, dobra jesteś w tym wyroczeniu. Skąd Ty to wiesz??” – zapytałem zdziwiony.
-„Rano szłam po bułki, to widziałam, nie?” – stwierdziła znudzonym głosem.
Podziękowałem za pomoc, zapewniłem wyrocznie, że wpadnę do niej znowu jak będę przechodził obok, wziąłem rotującego nadal Kaj-Daja pod pachę i udałem się pod wskazany adres.
Wyrocznia miała rację. Był na wystawie, lśnił przyciągając spojrzenia przechodniów. Mnich padł na kolana i zaczął bić pokłony przed witryną sklepową. Po 2 minutach wstał, otrzepał kolana, wszedł do środka, spuścił niesamowity łomot właścicielowi sklepu, udźwiękowiając tę scenę dużą ilością „iiijjjjja” i „uuuuuuś”. Jak sie okazało po krótkim przesłuchaniu przeprowadzonym przez Kaj-Daja, właścicielem sklepu był przemytnik dzieł sztuki, na którego to zlecenie, pewna grupa radosnej twórczości, ukradła i doprowadziła przed jego drzwi posąg Grubby.
Widzieliście kiedyś dziadka niosącego ulicami miasta półtonowy posąg? Ja z dumą mogę powiedzieć, że widziałem.
„Kto się w kurniku urodził, orłem nie będzie” – nie wiem co mnich miał na myśli wypowiadając do mnie te słowa na pożegnanie. Gdy wróciłem do biura, już wiedziałem. Pliczki szeleszczących protów miały proty ale tylko na zewnątrz. W środku umieszczono pocięte gazety. Esh i żywot kurczaka…

Brak komentarzy