1885829

Wyobraźcie sobie przestrzeń, gdzie Pi równa się 3. Nie 3,1415… ale równiutkie 3. Taka właśnie jest Zadrapanduria. Tak jakby trochę wydobyta z rzeczywistości i naciągnięta na kolano olbrzyma. U nas Pi zawsze jest 3. A w tym świcie tkwię ja – Mroton. Niczym ziarenko prosa w tym co zostawił po sobie koń. Niby ciepło, niby fajnie, ale nadal po uszy w gównie.

Z łapaniem przestępców jest jak z kucaniem na pełnych stopach. Nie każdy to potrafi. Ja potrafię jedno i drugie. Się znaczy trochę… czasami.
Kolejne zlecenie od nietypowego klienta – a raczej klientki. Nazywają ją Mrówka albo Królowa. Jest łysa, sławna i jest burdelmamą. Potrafi samym spojrzeniem zmusić wróbla do wydojenia kokosa. Nie zatrudnia ochrony – sam jej widok powoduje, że rozrabiakom odechciewa się rozrabiać. Jej przybytek nosi nazwę Dom Spotkań Niekonwencjonalnych „Le’druble”. Ale przechodząc do rzeczy. Mrówka hodowała w swojej klace Rybitwę, a raczej monstrum tak wypasione, że co poniektórzy ornitolodzy mieli problemy z odróżnieniem go od orła. Mrówka żywiła swoją Pataszynkę, jak ją nazywała, szprotami z puszki. Znaczy się, szprotami i puszkami. I tak żyjąc sobie spokojnie jako maskotka Le’druble, Pataszynka przez 20 lat urosła do imponujących rozmiarów .Trzy metry rozpiętości skrzydeł, 60 kilo wagi, 3 700 kilogramów nacisku na cm kwadratowy w dziobie. Ot i Pataszynka.

O zaginięciu swojego pupilka zawiadomiła mnie drogą telefoniczną, osobiście sama Mrówka. Niezwłocznie udałem się na dół, wsiadłem do mojego fioletowego mobilu i pojechałem do Le’druble. Stary poczciwy mobil. On ma duszę. Tak jak koń, gdy woźnica uśnie pijany na furze, sam powiezie go do domu, tak mój mobil, bezbłędnie dowiózł mnie do Domu Spotkań Niekonwencjonalnych. Nie tam od razu, żebym był stałym klientem. Po prostu, od czasu musiałem tam wpadać, bo nie wiedzieć czemu, większość prowadzonych przeze mnie spraw, gubiła swoje wątki w ciemnych zakamarkach Le’druble.

„Mroton – co to ma być?!” – wrzasnęła Królowa.
„No. Tego. Klatka, terrarium się znaczy, no pokój z kratami w oknach,… hy,hy znaczy się… domek Pataszynki?!” – skończyłem niemalże szeptem uginając kolana pod naporem zabójczego spojrzenia Mrówki.
„Dobrze, że to se wyjaśnilim. Ale powiedz mi czemu to pomieszczenie nazywamy domkiem Pataszynki?!” – darła się wniebogłosy.
„Bo … Pataszynka tam mieszka??” – odparłem głosem, pewnym siebie jak papier toaletowy w rękach kogoś z rozstrojem żołądka.
„To teraz mnie powie. To czemu we w domku Pataszynki, nie ma Pataszynki?” – zapytała.
„Booooo uciekła…?” – spróbowałem.
„Jak śmie mnie tu interpunktować, że mamuni Pataszynka by uciekła? Pataszynka kocha swoją mamusię! Jakiś zwyrodnialec cosik musiał jum porwać!!!” – żyrandol zadrżał pod naporem jej głosu.
„Mroton. Ja Cię lubię, ja Cię szanuję, ale żar moich uczuć szybko może mi przygasnąć, jak jutro Pataszynka nie wróci na drążek w swoim domku!! Mój ojciec był mistrzem karate, on potężną miał klatę i on mnie sprzedał parę trików. Ty lepiej do Wielkiego Wierzygi się módl, żebym Ci nie musiała ich prezentować!!! A teraz wypad i do roboty!!! Opuścisz ten lokal, udasz się do kiosku, nabędziesz drogą kupna periodyk z zeszłego miesiąca pt. „Co zrobić, kiedy nie wiadomo co zrobić” i odszukasz artykuł „Jak tego nie zrobię, to urwą mi jaj”. Tam zdobędziesz niezbędne informacje, które pozwolą Ci odpowiednio zmotywować się do wykonania tej roboty. Wynocha!!!” – wybuchła Królowa.
Wyszedłem z Le’druble.

„Mam dość tej roboty! A wsadzę sobie korki od szampana w uszy i zawiążę supeł na fiutku.” – pomyślałem sam do siebie idąc do mobila.
„A to gratuluję!” – powiedziało moje wewnętrzne ego.
„Umiejętności?” – zapytałem.
„Nie – możliwości.” – odparło.
Podparty na duchu tym wewnętrznym dialogiem, zabrałem się do pracy.

Rozwiązanie sprawy poprzedziły:
-wizyta na Uniwersytecie Zadrapanduriańskim – wydział zoologiczny, katedra ornitologiczna, profesor Zaptar Kundzioł (udzielone przez niego informacje była tym samym, co można znaleźć na końcu wykałaczki po obiedzie. Z pewnością jest to coś, ale nie do końca wiadomo co.)
– wizyta na rozlewiskach zaportowych
– zgubienie lornetki
– bójka w redakcji „Gońca Pandurskiego”
– wycinka drzewka na podwórku przy zbiegu Wiwiatującej i Okólnej
– wizyta w pchlim targu i zakupienie liny stalowej o średnicy 0.37 cm
– bezsenna noc
– strajk śmieciarzy
– fart

Tak, tak. To fartem odnalazłem Pataszynkę. Jedząc śniadanie w „Hak w smak”, przeglądałem Gońca Pandurskiego. Na drugiej stronie był artykuł o jakiś tam powiązaniach Burmistrza, z kimś tam. Artykuł był opatrzony zdjęciem samego szefa naszego miasta. Nie uwierzycie. Za jego plecami stała Pataszynka z kretyńskim wyrazem twarzy, wywalonym językiem i swoimi lotkami dorabiała mu rogi. Niezwłocznie udałem się na miejsce, gdzie zrobiono zdjęcie. Na wielkim drzewie, po środku parku, siedziała Pataszynka. I darła się okrutnie. Wyjąłem puszkę szprotów z kieszeni i zwabiłem ptaka do mojego automobila.

Mrówka uścisnęła (czytaj zmiażdżyła) mi dłoń , wtuliła moja twarz w swój dekolt i głaskała mnie po głowie przez dobrą minutę. Karnet do Le’druble i 200 Protów – człowiek od razu czuje, że żyje.

Brak komentarzy