Untitled-1
Przyjaciel to taki ktoś, kto jest. Nie taki ktoś kto bywa, nie taki ktoś kto się pojawia. On po prostu jest. W moim przypadku JEST ktoś taki – to Poczemuczka Potlacz. Zawodowo szef wywiadu Zadrapandurii, a dla mnie kolega z zaułku Makarego Wieńczuka.

Jako dzieciaki łowiliśmy w kałużach zaułku Makarego Wieńczuka, Szaranki – mutację kijanek i szarańczy. Podejmowaliśmy wspólne próby hodowli tychże stworzeń, które to zostały ukrócone przez akt wandalizmu. Któregoś dnia po szkole, zaszliśmy do szopy, która mieściła się za kamienicą w której mieszkaliśmy i znaleźliśmy… znaczy się nic nie znaleźliśmy, oprócz porozbijanych słoików i rozdeptanych Szaranek. Po tym jakże traumatycznym zdarzeniu, ja zająłem się szukaniem sprawców analizując dowody znalezione na miejscu zbrodni, natomiast Poczemuczka rozpoczął inwigilację grup, mogących mieć związek ze zniszczeniem naszej hodowli. Legitymacja szkolna leżąca w rogu szopy mogła być rewelacyjnym wskazówką. Niestety odchody Szaranek, cechował bardzo wysoki współczynnik PH, a że cała podłoga niemalże tonęła w wodzie, w której to szarak załatwiały swoje potrzeby fizjologiczne, cały tekst na legitymacji uległ rozmyciu. Ta poszlaka jednak wystarczyła Poczemuczce. Zatarciu nie uległa jedynie pieczeć 3 LO im. Dziecka Dnia Drugiego. Potlacz zapędził swoich wywiadowców do roboty (nikt z Was nie przypuszcza ile może zdziałać worek landrynek o smaku pinacolady) i już następnego dnia, Goniec Pandurski pisał o „przerażającym wybryku łobuzów z zaułku Makarego Wieńczuka”. Ktoś powiesił najstarszego z barci Kotik za gacie, na haku żurawia portowego, a na jego czole napisał permanentnym flamastrem „MORDEŁCA”. Szczęśliwie dla mnie i Poczemuczki, sprawą zajęła się Straż Pandurska, więc oczywiście sprawców nie wykryto. Muszę tutaj zaznaczyć, że byłem przeciwny tak radykalnej akcji odwetowej, ale Potlacz uparł się, że „powiesi sukinsyna”. No i go powiesił…

Tak odważna akcja nie uszła uwadze Prezesa MATAHAN. Następnego dnia po ukazaniu się artykułu, w naszej klasie pojawiło się dwóch smutnych, ale za to niezwykle okazale umięśnionych… nazwijmy ich roboczo „prelegentami ostatnich słów, jakie człowiek słyszy zanim walnie w beton, po przypadkowym wypadnięciu z okna swojego mieszkania”. No więc, weszli, chwycili Potlacza pod pachy i wywlekli z sali, rzucając na odczepne nauczycielce, która głośno protestowała przeciwko tak obcesowej interwencji, żeby sprawdziła w słowniku, co oznacza hasło „połączyć permanentnie górną i dolną wargę, za pomocą nitownicy parowej”. Pani Gryzmołko, wiedziona intuicją albo też ogólnie dostępną wiedzą na temat poczynania MATAHAN, nie fatygowała się nawet do półki ze słownikiem, tylko dalej prowadziła lekcje. Nie mogłem usiedzieć w ławce. Kiedy tylko zadzwonił dzwonek, wystrzeliłem z sali i popędziłem do biurowca MATAHAN. Po kilku minutach biegu moje płuca zaczęły charczeć, a z gardła wydobywały się dźwięki jakby sam diabeł rewidował swoje poglądy na grochówkę i bigos. Wydając z siebie odgłosy, których nie powstydziłaby się furmanka złomiarza, padłem na kolana przed biurowcem MATAHAN. Nie wiem co sobie myślałem. Że wpadnę do środka i zażądam natychmiastowego wydania mojego przyjaciela? Nie wiem… Jak tylko sprzed oczu zniknęły mi plamki i światełka, podniosłem głowę, wstałem, poprawiłem włosy i pełen determinacji ruszyłem po schodach aby odbić przyjaciela. Ruszyłem ku schodom, tylko po to, żeby zderzyć się na nich z Poczemuczką. To było po prostu niemożliwe! Nikt kto został wniesiony do tego budynku, nie wychodził z niego. No przynajmniej nie na własnych nogach. Poczemuczka, z charakterystyczną sobie oschłością, skomentował moje niedopuszczalne plamy potu pod pachami i nieład na głowie. Następnie poklepał mnie po ramieniu, uśmiechnął się i zaproponował wspólne spożycie lodów glonowych z posypką bursztynową w pobliskiej cukierni. Musiałem wyglądać przekomicznie, idąc tak z rozdziawioną paszczą i słuchając opowieści Poczemuczki.

Jak opowiadał Potlacz, Prezes wyraził daleko posuniętą niechęć do przemocy. Łatwo się brzydzić przemocą, kiedy ma się na garnuszku całą armię… prelegentów. Wtedy naprawdę nie trzeba nikogo bić. Wystarczy pokazać … prelegenta. Ale wracając do tematu. Prezes potępił również akt odwetowy jakiego to dokonaliśmy na najstarszym z braci Kotik (Poczemuczka przyrzekał, że Prezes zasłaniał dłonią uśmiech kiedy to mówił). Był natomiast pod wrażeniem zmysłu organizacyjnego i rewelacyjnych umiejętności wywiadowczych mojego przyjaciela. Nie będę zagłębiał się w szczegóły dalszej rozmowy. Koniec końców, Prezes zaproponował Potlaczowi objęcie wakatu, a dokładniej stanowiska „Szefa Wywiadu Zadrapandurii”. Zadrapanduria widziała już dziwniejsze nominacje, ale nie widziała nigdy tak młodej nominacji. Po raz pierwszy na czele jakichkolwiek służb w naszym mieście stanął 9 latek.

Oczywiście z inicjatywą zatrudnienia powinien wyjść Burmistrz, ale jak to ujął Prezes „nastąpi pominięcie niepotrzebnych i zabierających czas procedur rekrutacyjnych”. Tak więc następnego dnia w miejskim ratuszu, nastąpiło uroczyste wręczenie nominacji oraz tradycyjnej czarnej maski szefa wywiadu. Wiadomo, szef wywiadu powinien być przede wszystkim … no… wywiadowczy, czyli niewidoczny dla wrogów, stąd ta maska… i 37 fotoreporterów, robiących Poczemuczce setki zdjęć, które następnego dnia znalazły się na okładkach najpoczytniejszych pism Zadrapandurii i Państw ościennych.

Jako, że w gestii Szefa Wywiadu Zadrapandurii pozostaje wydawanie licencji i pozwoleń na działalność ochroniarską i detektywistyczną, następnego dnia Potlacz zaprosił mnie do swojego biura i wręczył mi dożywotnią Licencję Detektywistyczną. Nie omieszkał przy okazji dodać, że jest dowód na to, że służby Zadrapandurii, nie pozostają niewdzięczne wobec obywateli, którzy nie pozostają głusi na zew niesprawiedliwości i duszą ją. Niesprawiedliwość znaczy się… czy jakoś tak. Wręczając mi Licencję miał łzy w oczach. To zniszczenie naszej hodowli Szaranek musiało zaboleć Potlacza bardziej niż mnie. I tak stałem się najmłodszym detektywem w historii Zdrapandurii.

Brak komentarzy