non+olet
W Zadrapandurii nie istnieją pory roku. U nas zawsze jest wczesna jesień. Czasami trochę zimna, czasami mglista, a czasami służby drogowe zaskakuje jesienny śnieg. To był jeden z niewielu słonecznych dni tej jesieni w Zadrapandurii. Siedziałem w fotelu przy oknie. Pozwoliłem sobie wyjąć stopy z butów i oprzeć je na parapecie. Żółty dym z moich skarpetek wżerał się ramę okienną powodując powstawanie bąbli na farbie. Jesień… portowe powietrze, ożywcza portowa bryza… a gdybym gdzieś znowu urodzić się miał – to tylko w Zadrapandurii. Jesienią. Koniecznie jesienią.

Nazywał się Sapienko. Był jednym z naukowców zatrudnionych w MATAHAN. Ta korporacja zarabiała na wszystkim – nie będę wymieniał na czym, bo na prawdę zarabiała na wszystkim. Problem z naukowcami pracującymi dla MATAHANU, polega na tym, że kiedy odkrywali coś przełomowego, to od razu znikali. Zawsze, kilka dni po ich zniknięciu, do mojego biura przybywały nad wyraz urodziwe małżonki tychże naukowców, całe drżące i ze łzami w oczach błagały: „Panie Mroton, pomoże pan?”. No co? Ja nie pomogę? Ja – najbardziej szarmancki detektyw spośród szarmanckich detektywów? Nie ukrywam, że wpływ na moje decyzje ma dziwne zjawisko fizyczne. Mianowicie, na moją kieszeń oddziałuje siła, która przyciąga gotówkę znajdującą się w portfelach i torebkach zapłakanych, niedoszłych wdów. No, na prawa fizyki, to ja już nic nie poradzę. Poza tym, 200 Protów od sprawy, to naprawdę nie jest jakaś wygórowana stawka.

Sapienko był mykologiem. W sensie zajmował się grzybami. Ale nie tam jakąś zwykłą pleśnią. Specjalizował się w… tych…. No jak im tam, no, nie brokułach, tylko w…. No ja się potnę, jak to paskudztwo spod ziemi się nazywa… a tak – TRUFLE, truflami się zajmował. Jak mi doniosła jego małżonka, nie tylko biegał ze swoją świnką po wzgórzach okalających Zadrapandurię w poszukiwaniu czarnych przedstawicieli „Tuber macrosporum” , ale pracował nad ich sztuczną hodowlą. Ja tam nie wiem czy to trudne, czy nie. Ja trufli w życiu nie widziałem, tym bardziej nie jadłem. Od kiedy tylko pamiętam, zawsze stołowałem się w „Hak w smak”, a tam, jedyne grzyby jakie można spotkać, to pleśń na siekanej wątróbce. Podobno nikomu na całym świecie, nigdy nie udało się sztucznie wyhodować trufli. No jak dla mnie bomba. Taka trufla ma godność, ma swoje racje i przekonania i w brytfankach rosnąć nie będzie. I chwała jej za to. No, ale przyszedł taki Sapienko i wyseparował podobno jakiś składnik gleby, dzięki któremu udało mu się zaprosić „Tuber macrosporum” pod dach swojego laboratorium i jeszcze przekonać go do rozmnażania. Policzcie sobie sami: z jednej trufli ważącej 1 kilogram dostajesz jakieś 4000 Protów. Z takie jednej trufli możesz wycisnąć jakieś 6 milionów zarodników. Niech połowa się przyjmie. Odejmuję koszty transportu, obsługi, prądu, podatków… poczekajcie… razy 6, minus…. pod kreskę… no jakby nie patrzeć, kilkaset milionów Protów rocznie. Jest o co powalczyć. No i walczą.

Prezes MATAHANU ma hobby. Kolekcjonuje rzadkie przykłady fauny i flory Zadrapandurii. Co ciekawsze eksponaty do swojej kolekcji zdobywają dla niego, jego siepacze przy zaułku Makarego Wieńczuka. Powstało wiele mitów i plotek dotyczących jego zbiorów. Co do pewników – w jego gabinecie stoi cygarożerna roślina doniczkowa. Ostatnie wiadomości w Gońcu Pandurskim mówiły o amorficznej ośmiornicy, która potrafi przyjmować dowolne kształty. Jak się nad tym zastanowić, to skoro ona potrafi przyjmować dowolne kształty, to niby skąd wiadomo, że organizmem wyjściowym jest ośmiornica? Ja nie wiem, ale słyszało się tu i ówdzie, że cholerstwo okrutnie drogie jest w utrzymaniu, bo żywi się tylko i wyłącznie truflami, których to potrafi pochłonąć nawet 3,7kg dziennie. Prezes pokazuje się ze swoją nową zabawką, na wszystkich oficjalnych obiadach i spotkaniach, pozwalając owijać się ośmiornicy dookoła szyi. To by pośrednio tłumaczyło przerażająco śmierdzące damy krążące po deptakach miasta, które pod wpływem mody zrezygnowały z etoli, na rzecz ośmiornic, a kolczyki landrynkowe zastąpiły kałamarnice. Moda marynistyczna – pfff – też mi coś, nie będzie trzeba długo czekać, aż dzieciaki w szkołach będą miały nosy poprzebijane kotwicami. No, ale się zapędziłem, a miałem przybliżyć kwestię rozwiązania sprawy Sapienki. No, może nie tyle rozwiązania, co samej sprawy.

Pani Sapienko przyniosła ze sobą cały karton dokumentacji dotyczącej pracy jej męża. Zważywszy na to, że pan Sapienko miał nieznośny odruch zapisywania spostrzeżeń, uwag i notatek na czymkolwiek co miał pod ręką, na moim biurku wylądowała parasolka zapisana wzorami, kawałek parapetu z wyrytym szkicem zarodników, puszka po szprotach cała w opisie wyprawy na wzgórze E3, wyklejanka, trzy figurki origami i gumka typu „MYSZA”. Wielka, szara gumka, która w warunkach zagrożenia mogła robić za tarczę lub kamizelkę kuloodporną. Z samych tylko opisów wyprawy na E3, zamieszczonej również na MYSZY, dowiedziałem się, że Sapienko, zawsze zatrzymywał się w schronisku „Zimna skała”. W opisie wyprawy, przy „Zimnej Skale” zawsze stawiał znaczek grzybka. No jak nie, jak tak? To musiała być wskazówka. Zaopatrzywszy się w niezbędny ekwipunek udałem się w góry. Automobilem dojechałem do końca drogi i zaparkowałem w cieniu wzgórza C7. Wspinając się, mijałem gorące źródła bijące z H4. No nie uwierzycie kto moczył się w pomniejszej sadzawce i popijał coś z puszki. Szczekający Kozioł! Nooo, takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Miałem go jak na talerzu. Ukryłem się za skałą i sięgnąłem pod płaszcz. Wyczułem kolbę Głaskadełka. Wyciągnąłem je powoli, odbezpieczyłem, wykonałem dwa długie wdechy, nie zapominając oczywiście o wydechach i wychyliłem się, żeby zatrzymać tę bestię. Wiecie co? Nie było go już w sadzawce! Ostatnie co pamiętam, to szczeknięcie za mną, odwróciłem się…

Odzyskaniu przytomności towarzyszył potworny, rozdzierający na połowy głowę, ból. Sufit zawirował i usiadłem na łóżku. Jakiś miły jegomość z brodą sięgającą pasa, zginał się wpół i coś mówił do mnie. Pisk w uszach powoli ustępował.
-„I jak tam? Lepiej? Witam w Zimnej Skale” – powiedział dziadek – „Nazywam się Miśniak. Opiekuję się tym, pożal się Wielki Wierzygo, schroniskiem górskim. Miałeś panoćku wielkie szczęście, że akuratnie tamtędy żem przechodził i żem Cię tu dotargał. Wiadomo, niedługo Święto Wystąpienia Wielkiego Wierzygi z Morza, no to i trza się ukąpać. Toch żem se umyślał, do gorących źródeł iść. Nie godzi się ssać szprota z brudnymi piętami, hnie, hnie, hnie…ghhrrrry khy, khy. ” – wykaszlał – „A co tam w ogóle się stało, Panoćku? Masz na łbie V wielkie, jakby nie przymierzając jakaś wściekła kozica Cię kopła. No chyba nie kłusownik z Ciebie, bo jako kłusownik jesteś, to jajca Ci obciacham i przybiję do dębowej deski i bede kazoł Ci pozierać na nie jak wysychają, hej.” – to „hej” od raz postawiło mnie na nogi. Złożyłem długie i obszerne wyjaśnienia dotyczące mojej osoby i celu przybycia w te okolice, przez cały czas czujnie obserwując wielki topór, który służył Miśniakowi za laskę. Nie obyło się oczywiście bez okazania niezbędnych dokumentów, legitymacji Detektywistycznej i wspólnego spożycia 3 litrów bimbru pędzonego na pakułach i wyciągu z gruczołów Świstaka. Podczas końcówki składania wyjaśnień, hyp, jakże uczynny Miśniak, hyp, był tak łaskaw, hyp, wskazać mi kwaterę w której zwykł był zatrzymywać się, hyp, obywatel Sapienko, hyp. We wskazanym pomieszczeniu, hyp, odnalazłem na belce stropowej, hyp (no cholerna czkawka, nooo)…

Jak się później okazało, obudziłem się 3 dni później. Po wypiciu 37 kubków kakao na kozim mleku przestałem widzieć potrójnie. Podwójne widzenie pozwoliło mi szybciej zapoznać się ze zgromadzonymi dowodami. I tu, co następuje:
-Sapienko odkrył składnik nawozu, który pozwala na sztuczne hodowanie trufli.
-W/w składnikiem nawozu są bobki Szczekającego Kozła.
-Sapienko ustalił i zaplanował wszystko, oprócz sposobu na pozyskiwanie SS (superskładnika)
No i tu się zaczęły kłopoty Sapienki. Jak podpowiadał mi mój detektywistyczny instynkt, dalsze losy Sapienki musiały układać się mniej więcej jakoś tak:
1) Sapienko idzie do Prezesa MATAHAN i raportuje swoje odkrycie.
2) Prezes w trosce o pokarm dla swojego ośmioramiennego pupila, nakazuje natychmiastowe rozpoczęcie hodowli.
3) Zapasy SS szybko się kończą i Sapienko wyrusza w góry w poszukiwaniu Szczekającego Kozła.
4) Znajduje go.
5) Sapienko umiera rażony kopnięciem Szczekającego Kozła.
6) Jego zwłoki zjedzone przez wilki następnej nocy, przestają przedstawiać jakąkolwiek wartość dla zakładów pogrzebowych.

Nie ukrywam, że wdowa Sapienko nie rozpaczała znacznie na wiadomość o bardzo prawdopodobnej śmierci męża. Być może czynnikiem wzmacniającym ją, był przystojny i umięśniony brunet, w towarzystwie którego przybyła do mojego biura, kurczowo trzymając się jego ramienia. Jako dowód potwierdzający moja teorię przekazałem na ręce wdowy zegarek jej męża, który to z rozbitą szybką, znalazł Miśniak niedaleko gorących źródeł. Pani Sapienko, w świetle zebranych przeze mnie dowodów, bez większych trudności wydano zaświadczenie o śmierci męża. Wielomilionowy spadek po mężu ukoił szybko jej smutek. Nie mniejszy wpływ na jej dobre samopoczucie miał Bruno, który równie ochoczo trwonił jej majątek, co zdradzał ją z nauczycielką rytmiki. Szykuje się kolejna sprawa. Dobra klientka, to taka która wraca…

Brak komentarzy